wtorek, 18 października 2011

Filmy

Moi rodzice ubolewają od czasu do czasu, że mam tyle zajęć i że właściwie nie mam czasu na życie studenckie. Jak można było już zauważyć na tym blogu, jestem raczej nudnym kujonem niż szaloną imprezowiczką i biblioteka (ze swoją przestrzenią, anonimowością, dystansem) cieszy mnie bardziej niż zatłoczony opresyjny klub. Moje życie studenckie to dużo czytanek, to dużo bibliotek, ale też dużo spotkań z osobami, które lubię. Niewiele znam osób z moich grup, bo nie mam aż takiego parcia, by się od razu ze wszystkimi przyjaźnić. Wiem, że osoby, które są mi przeznaczone, mnie znajdą. Tak czy inaczej, w Poznaniu nie czuję się samotna i zawsze mam z kim wyjść na przykład do kina.

A doświadczeń z kinami miałam już cztery, czyli średnio 1,25 seansu na tydzień, co daje lepszą średnią niż w czasach zielonogórskich. Za całą tą przyjemnostkę zapłaciłam 20 zł, czyli 5 zł od wieczora, co równa się 1,5 seansu w marnym cinemacity. I tak na przykład, pierwszy raz do kina w Poznaniu poszłam z Alą, którą tu widać za kriekiem. Wybrałyśmy się na nowy film Sofii Coppoli. Moje przemyślenie odnośnie jej kina to przede wszystkim to, że wspaniale trzyma się tych samych tematów (nuda, samotność, zagubienie), tej samej estetyki (ciepłe kolory, dłuższe ujęcia, brak efektów) i tej samej oprawy audio (minimum dialogów, mało muzyki).


Kilka dnia później wybrałam się z Karoliną na arcynudny film, który miał być w zamyśle o pozostałościach dawnego Tybetu w dzisiejszych Chinach, a był nieudanym dokumentem o joginach. Projekcja z okazji festiwalu buddyjskiego.


Następnego dnia poszłam z Wojtkiem do Cafe Pralnia na "Noc dreszczowców" - horrory z lat 20tych (ekspresjonizm niemiecki, jak Karolina mnie pouczyła).


Filmy te ("Gabinet doktora Caligari" i "Metropolis") zrobiły na mnie ogromne wrażenie i wiem, że na pewno obejrzę ich więcej w najbliższym czasie. Nie tylko kreacja bohaterów, nie tylko te napisy między scenami, nie tylko muzyka, ale też: fabuła, dialogi, estetyka... To chyba to, czego tak bardzo szukam w popkulturze, a znaleźć nie mogę (i pewnie dlatego też Sofia mi się spodobała).

A dziś... Dziś z Arturem wybrałam się w ramach Art&Fashion Festival na darmowy seans "Yellow Submarine" (1968, o i z udziałem Beatlesów). Matko, ten film jest niezwykły, pełen zabawnych gier słownych ("czas to dopiero musi być zmęczony, skoro pracuje 24 na dobę..."), pełen kolorów, wspaniałych aluzji, świetnej muzyki, miód na moje serce, którego część można zobaczyć tu. Ten fragment bardzo mi przypadł do gustu - cały pomysł *pokazania* czasu jest super!

[buziaki dla Babuni]

niedziela, 16 października 2011

Historie kuchenne

W Poznaniu mieszkam w starej kamienicy w całkiem sporym mieszkaniu , które dzielę z pięcioma innymi osobami. Cztery z nich to faceci. Nie ukrywam, że trochę się bałam na początku, ale mój strach nie dotyczył takiej liczby w jednym domu, a wręcz przeciwnie: bałam się tej jednej dziewczyny, z którą miałam w przyszłości dzielić pokój. Po trzech tygodniach mieszkania w tym miejscu mogę powiedzieć, że jestem zadowolona, a moja współlokatorka jest nieziemsko kochana.

Tak jak w Wilnie, kuchnia jest centrum wszechświata. Jest obszerna, z niedoszczelnionym oknem i pralką, która wyciem przypomina pojazd kosmiczny. Kilka szafek, większość z nich (przed naszym przyjazdem była) zagracona dawno przeterminowanymi smakostkami. Sterta niepotrzebnych talerzy i miseczek, cała armia widelców bez noży. Zepsute krzesło, które cierpi na zapaść. No i "raport" z moich podróży, który przygotowałam na Zlot harcerzy, a z którym nie wiadomo było, co zrobić, więc Tomek zaproponował, by go powiesić w kuchni. Prawdę powiedziawszy, nie wiem, jak się zachować ilekroć któryś z naszych gości nagle zrozumie, że to ja jestem tą podróżniczką.


Jak już powiedziałam, moja współlokatorka jest prześwietna - ciepła, kochana i przyjemna. Jednego dnia wzięła się i sporządziła (bez konsultacji z nikim, haha!) grafik robót domowych. Fajnie, taka zabawna informacja nikogo nie urazi, a jednak da do zrozumienia, co robić należy.

Nigdy nie gotuję z przepisów, zawsze mnie przepisy straszą, się ich boję - takie narzucone normy, ile czego i kiedy powodują, że kark mi się spina i czuję, że gotuję pod presją, a tego nie lubię. Ale jednak, w internecie natknął się na mnie wegański przepis na hinduską potrawę, który serdecznie polecam! Oto on:

PULAO, CZYLI RYŻ Z PRZYPRAWAMI I WARZYWAMI

1 szkl. ryżu (najlepiej basmati)
1/3 szkl. mrożonego groszku
1/2 czerwonej papryki
1/3 szkl. orzechów nerkowca
2 łyżki masła
1 łyżeczka kurkumy lub curry

Na średnim ogniu roztop masło w rondlu o grubym dnie. Dodaj kurkumy smaż przez parę sekund, aby wydobyć z przyprawy aromat. Następnie wsyp do rondla orzechy i praż je przez minutę, cały czas mieszając. Dodaj paprykę pokrojoną w drobną kostkę i praż ją wraz z orzechami przez następne 3 minuty. Na końcu wsyp ryż, nie przestając mieszać. Ryż po paru minutach powinien stać się przezroczysty. Wtedy zalej go dwoma szklankami wody, dodaj groszek i łyżeczkę soli, wymieszaj, przykryj i zagotuj na dużym ogniu. Gdy woda zawrze, zmniejsz ogień do minimum. Od momentu zmniejszenia ognia, nie mieszaj ryżu, gotuj go pod przykryciem. Jest gotowy, gdy wchłonie całą wodę (ok. 10 min). Możesz też wyciągnąć jedno ziarenko i ścisnąć je miedzy palcami. Ugotowane da się całkiem rozetrzeć.

środa, 12 października 2011

3 miejsca, 2 osoby, 1 miasto

Ten post poświęcę kawałkowi mojemu pierwszemu spacerowi po Poznaniu. Mimo że jestem tu już ponad dwa tygodnie, nie miałam zbyt wielu okazji, by się z tym miastem zapoznać - mam albo zajęcia od rana do nocy albo naukę albo nie ma mnie na weekend. Tak czy inaczej, podczas sobotniego spaceru, odkryłam kilka ciekawostek.


Przede wszystkim, Cacao Republika (ul. Zamkowa 7). Przeprzytulna kawiarnia, gdzie można napić się wszelkich produktów mlecznych i spróbować jednego z przepysznych ciast. Już z zewnątrz wyglądała jak jedna z kawiarenek, które tak mocno chwyciły mnie za serce.

To w sumie zabawne, że o kawiarence mówiła mi Karolina, biorąc pod uwagę fakt, że to ona tu jest gościem, nie ja. Podczas całego dnia, właściwie, wydawało mi się, że to ja jestem oprowadzana.


Menu było urzekające - spójrzcie na trzecią pozycję od góry! :)


Zamówiłam "Mleko z syropem kasztanowym" i w ten oto sposób moja wegańska era się skończyła. Skończyła się już właściwie w Holandii, ale żywiłam jeszcze pewne nadzieje na "powrót do korzeni". No niestety, już nie będę "niezwykła".


Nigdy nie zrobiłam sobie żadnego zdjęcia z nikim w toalecie. Nigdy też nie miałam żadnego zdjęcia zrobionego z Karoliną. No i proszę.


Kolejnym odwiedzonym po drodze miejscem była Cupcakes Bakery (ul. Szyperska). Sklep w całości z babeczkami w różnych kształtach, smakach i kolorach.

Po wciągnięciu swojej babeczki, muszę przyznać, że Polsce jeszcze daleko do Europy, gdzie muffinki nie kosztują aż tyle (6-8 zł) i są o wiele większe i o wiele smaczniejsze.

No i trzecie miejsce...
... gdzie można i popłakać i się pośmiać :)

czwartek, 6 października 2011

Świat jest tylko (naszym) umysłem

Dużo się dzieje. Każdy dzień zaczynam najpóźniej o 7.30 , bez względu na to, czy zajęcia mam o 10 czy o 8 - chcę wydłużyć mój dzień tak bardzo, jak to tylko możliwe. Cieszę się, słysząc ulicę za oknem i cieszę się, widząc kolorki mojego pokoju, jestem radosna, wychodząc z łóżka. Poranna poczta, śniadanie, książka. Zniesienie roweru-jazda pod górkę i pomiędzy przechodniami-szukanie miejsca "parkingowego"-zajęcia. Kilka godzin ciągłego "wow", mój mózg pracuje na ogromnych obrotach, zaraz się przepali. Około godziny 14 jestem już zmęczona i przez to marudna. Szybki obiad gotowany w domu, z powrotem na uczelnię. Trochę mniejsza uwaga, ale mimo to kilka stron notatek i przemyśleń zabieram do domu. Jazda z górki-zakupy-kolacja-poczta-small talk ze współlokatorami-nauka i *coś*. Potem o 22.30 już w łóżku, w głowie podsumowując dzień, wyciszając umysł.

To *coś* to ciekawostki. To spotkanie z Alą czy Dominiką, Wojtkiem lub Wojtkiem, to kino, to słuchanie muzyki, to gapienie się na ludzi (siedząc na oknie), jutro Karolina, pojutrze Karolina i dreszczowce, a dzisiaj...


... a dzisiaj był wykład. Tak, po całym dniu (FANTASTYCZNYCH, bo czwartek jest moim dniem FANTASTYCZNYCH) wykładów pierwsze, co robię ja po powrocie do domu to wybranie się na kolejny wykład. Miał on miejsce w Wyższej Szkole Humanistyki i Dziennikarstwa, której nazwa brzmi trochę *puf*, ale której budynku wnętrze robi wrażenie - pełne jakichś mniej lub bardziej intrygujących dzieł sztuki, ładnie pomalowane korytarze.


Wykład był na temat "Świat jest tylko umysłem", prowadzony przez dr Artura Przybysławskiego z okazji 35lecia Buddyzmu Diamentowej Drogi w Polsce. Nie będę zagłębiać się w to, jak wspaniałym mówcą i mądrym człowiekiem pan Artur jest, wynotuję tylko kilka zagadnień z tego, co mówił (a ja wyprodukowałam 6 stron notatek o tym), ku zastanowieniu:
- czy to, co widzimy to świat zewnętrzny, niezależny czy może zależny (np. od naszej interpretacji)? a więc: czy istnieje coś takiego jak niezależna, obiektywna rzeczywistość?
- "widzimy wszystko, tylko nie to, co jest naprawdę" - skoro świat materialny złożony jest z maluteńkich atomów, czy nasze postrzeganie nie jest tylko iluzją?
- wszystko, co się dzieje - dzieje się w naszym umyśle; wszystko jest tylko (naszą) interpretacją świata zewnętrznego; nawet nasze emocje potrafią być silne tylko dlatego, że nadajemy czemuś znaczenie, a więc coś ze świata zewnętrznego interpretujemy jako ważne;
- rzeczywistość jest doskonała (ani dobra ani zła), tylko my ją niewłaściwie przeżywamy;
- buddyjskie szczęście - być szczęśliwym niezależnie od emocji i stanu;
itede itede itede...

I tak, ten wykład trochę na mnie wpłynął. Kiedy po półtorej godzinie wyszłam z budynku, okazało się, że padało i to całkiem mocno i trochę kropi nadal. Kałuże, ciemno, mokre siodełko (bo akurat dzisiaj nie wzięłam pokrowca na nie), zimno i nieprzyjemnie. Moja pierwsza reakcja: "Pada?! O nie, przekichane!", a po chwili w sumie zaczęłam się śmiać sama z siebie i przez następnych 30 minut jazdy cieszyłam się tym, jak w mokrych kostkach brukowych odbija się śpiący Poznań.

poniedziałek, 3 października 2011

Mój pokój

Dziś mija tydzień od kiedy się poczułam częścią tego pokoju. Jest jeszcze trochę do zrobienia, ale mimo to postanowiłam zaprezentować go szerszej publice już teraz.


Tak było tydzień temu. Wszystko wszędzie. Brzydkie meble (których tu nie widać), brzydko ustawione, klaustrofobia. Nie to jednak było najgorsze. Najgorszy był brud. Przez pierwsze 3 dni pokój odkurzałam 2-4 razy dziennie, ciągłe poczucie wszechobecnego kurzu i rozmnażających się pod moimi stopami roztoczy.

Z Arturem walczyliśmy przez dwa dni, skręcając meble, przestawiając czy wynosząc te już skręcone, stare, czyściliśmy wszystko.

W końcu udało się doprowadzić pokój do takiego stanu. Mam dość duże okno od strony słonecznej, więc budząc się, pierwsze co widzę to słonko (lub chmurki) właśnie. Widok z okna taki:


To dziwne, ale kiedy pierwszy raz usłyszałam jakichś młodocianych muzyków ulicznych zaraz pod moim oknem, zaczęłam się śmiać jak szalona, przeżyłam szok kulturowy - przeprowadzka z miejsca, gdzie nie ma żadnych dźwięków do tego burczącego centrum.

LinkNad moim biurkiem powiesiłam sobie Moby'ego i płytkę z Lizbony i... czarną dziurę. Każdy, kto wchodzi do mojego pokoju po raz pierwszy jest nieco skonsternowany. Niektórzy pytają, czy to jakaś sztuka nowoczesna, inni - co mną kierowało przy tworzeniu czegoś takiego. No więc chciałabym zamieścić tu małe sprostowanie: ten czarny kwadrat to naklejka-tablica do pisania. Na razie kredy brak, więc pozostaje tabula rasa ;)

Półkę, która stoi obok biurka trzeba było przykręcić/przywiercić do ściany. Ta prosta - zdawałoby się - czynność zajęła mi kilka dni. O pomoc poprosiłam Wojtka, kolegę z czasów wileńskich, który ma dostęp do wiertarki. Po wielu różnych przygodach (jak na przykład wywiercenie 2,5-centymetrowej dziury) szafka stoi...

... i zapewnia mi poczucie stabilności i spokoju ładnie ułożonymi książkami.

Jeszcze jeden element mojego pokoju, który absolutnie kocham: plakat z festiwalu Avante, który mój host, Pedro, ściągał specjalnie dla mnie z dwumetrowego słupa.

Jak mówiłam, jest kilka spraw, które chciałabym, aby w tym pokoju wyglądały inaczej, jak na przykład ta dziura. Mam już na nią pomysł, czekam na realizację.

Kolejną są drzwi, a raczej freski artystów sprzed mojej ery. Na to też pomysł jest, potrzebna tylko konsultacja.

Tak czy inaczej, pokój jest przytulny i ciepły, dziewczyński. Zazwyczaj w tle leci jeszcze jakaś spokojna muzyka, chill-out czy Moby.

Ach, dla tych, którzy nie wiedzą, mieszkam tu:

Wyświetl większą mapę

PS: dziś będę miała już współlokatorkę!