wtorek, 13 września 2011

Ostatnie dni w Portugalii

Portugalia jest moją miłością - nie wiem, czy tak samo mocną jak Izrael i nie wiem, czy z tych samych powodów. Mój pobyt tam był niezwykle intensywny, nie chciałam tracić ani sekundy na bloga. Oto takie krótkie streszczenie tego, co się działo w ciągu ostatnich 3 dni mojej portugalskiej przygody:

... zmieniłam hosta znów (tym razem na Atula, hinduskiego jogina), poznając przy tym kilku innych CSerów z Indii, którzy również spali w jego domu. Niezwykłe wieczory, niezwykłe rozmowy!


... dowiedziałam się mnóstwo o kulturze Indii, jodze, ajurwedze i sahajayodze.


... spróbowałam przepysznych dań hinduskich.


... odkryłam nowe pokłady smaku w błogosławionym napoju Sumol.


...wdrapałam się na najwyższy punkt Lizbony (mowa tu o ulicy, nie o budynku).


... jedząc danie wege w knajpce TAO, pisałam artykuł do pewnej mądrej książki.


... byłam na okropnie nieprzyjemnym koncercie muzyki noise, na otwartym powietrzu.


... widziałam najpiękniejszy zachód słońca mojego życia. Przy okazji: Portugalczycy są bardzo zrezygnowani, zblazowani, ciągle za czymś tęsknią, ciągle czegoś im mało. W momencie gdy ja byłam całkowicie pochłonięta tym zachodem, oni czynili uwagi typu: "no, fajny, ale wiesz, on się nidługo skończy..."


... spotkałam i spotkałam się potem z Graziano, Włochem, którego znam z Serbii. To jego głos usłyszałam kilka dni wcześniej na tym ogromnym festiwalu!


... spotkałam się też z jego dziewczyną, Sarą, przesłodkim dziewczęciem.


... poznałam wszystkie zakamarki Lizbony. Najbardziej urzekła mnie jej stara i pokręcona dzielnica, Alfama. Jest w rzeczywistości mała wioseczka w środku stolicy - każdy każdego zna, mieszkańcy mają swoje zwyczaje i rytuały. Chciałabym tam kiedyś mieszkać.


... odwiedziłam Obidos - średniowieczne miasteczko, które (architektonicznie) nie zmieniło się od XV wieku. Bycie tam, otoczona masywnymi murami, było dla mnie ogromnym wrażeniem, popłakałam się ze wzruszenia.


... byłam w Leirii, małym miasteczku, gdzie nikt nie mówi po angielsku, a ceny są fantastyczne (kawa latte 1,20 zł). Urzekły mnie jego małe zakamarki.


... znów zmieniłam hosta, tym razem na szalonego agenta nieruchomościami (za dnia) i muzyka (w nocy), który miał świetne poczucie humoru, świetne mieszkanie, świetną córkę (trójjęzyczną) i kota, też świetnego.


... odwiedziłam kawiarnię w Belem, gdzie zjadłam przepyszne, rozpływające się w ustach (naprawdę! to ten mus...!) ciasteczka...


... uczestniczyłam w 4 wieczorach fado, w tym tylko jednym turystycznym.

... byłam w Estoril, które zachwycało mnie drobnostkami.

... wyleżałam się na plaży w Cascais, które kiedyś było kurortem dla wyższych sfer, a teraz jest po prostu nadmorskim snobistycznym miasteczkiem.


... odwiedziłam plażę Ef Guincho, która przykryta była CAŁA mgłą, a morze szalało niedaleko, ale dzięki mgle nie było go widać prawie wcale.


...byłam w najfajniejszym barze Lizbony - Tejo Bar (Alfama), gdzie wszyscy zgromadzeni zaczęli w pewnym momencie śpiewać portugalskie piosenki (przy dźwiękach 5 gitar!), niezwykłe!

... dałam się zbałamucić jakiemuś przemiłemu Portugalczykowi... ;)

[a teraz: buziaki z Holandii!]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz