czwartek, 15 września 2011

Groningen i Maaden

Siedząc w ciepłym kącie przytulnego domu uświadomiłam sobie wczoraj, że moje całe to jeżdżenie, ta niekończąca się podróż stała się już nieco szaleńcza, psychicznie niehigieniczna. Poznaję tylu ludzi, doświadczam tylu sytuacji, jestem w tylu miejscach i tyle rozmów odbywam a wszystko to w relatywnie krótkim czasie. Jedna podróż się kończy i tego samego dnia jestem już w innej. Co się dzieje, to to, że duchem jeszcze nie wróciłam z poprzedniego miejsca, umysłem jestem już w innym, a ciałem gdzieś pomiędzy - straszne rozdarcie. Trzebaby kiedyś odsapnąć, ale kiedy i ile?


... tak czy inaczej, po dziesięciogodzinnej podróży autokarem z trzema przesiadkami i chrapiącymi sąsiadami, znalazłam się w pogodnym Groningen. Jest to miasto we wschodniej części Holandii, najbardziej studenckie (30 tysięcy studentów, a miasteczko jest niewielkie) i najbardziej zaludnione rowerami.


Holandia zawsze mnie zdumiewała tym, jak fantastycznie ruch rowerowy jest rozplanowany, jednak w Groningen czuję się nieco zagrożona przez tych wszystkich szalonych rowerzystów, nie czekających na nic, nie rozglądających się, jadących pędem, przed siebie!

Pierwszych 10 godzin mojego pobytu w Holandii musiałam sama zaplanować. Postanowiłam po prostu powałęsać się po okolicy, poczuć tę holenderskość, o której moi znajomi mówią, że jej nie ma w Amsterdamie. Wałęsając się tu i tam, poznałam Alexandra i Nandę. Alexander, który w sklepie wnętrzarskim przyglądał się z ciekawością mojemu obiektywowi, okazał się być fotografem, który właśnie szedł na swój wernisaż! Poszłam z nimi godzinę przed otwarciem wystawy, dzięki czemu miałam okazję posłuchać o jego sztuce. Dla ciekawych, oto jego strona: *klik*. Bardzo ciekawe rozmowy, mam nadzieję, że znajomość przetrwa chwilę.

By sprawdzić pocztę, udałam się do jedynego miejsca, gdzie darmowe wi-fi jest pewne: McDonald's. Zamówiłam kawę i dostałam darmowego hamburgera (40lecie Mc w Holandii). Hamburgera nie jadam, więc oddałam biedakowi na ulicy. Kawa pyszna, szczególnie że przez cały ten czas towarzystwa dotrzymywał mi ten gołąb, uważnie analizując wszystkie moje ruchy.


No, ale w końcu trafiłam do domu Sandry Ronde. Sandra jest jedną z najwspanialszych osób, jakie znam, możecie zresztą o niej przeczytać w jednym z poprzednich moich postów [klik]. Od czasu tamtej notki trochę się zmieniło. Sandra ukończyła swoją prestiżową amerykańską szkołę i dostała się na program Transatlantus (tylko 3 osoby z całej EUROPY były na niego przyjęte), w ramach którego będzie studiowała po semestrze w Ghent (Belgia) i Berlinie (Niemcy, haha), a także jeden rok na Florydzie (USA). Ponadto w październiku Sandra leci do Kenii w ramach projektu szczepień - będzie przez 5 dni podróżować po Kenii rowerem, dostarczając do wiosek różne środki medyczne. Może to brzmi prosto, ale trzeba wziąć pod uwagę, że przez ostatnich 6 miesięcy Sandra przygotowywała się do tej podróży, szukając sponsorów (5.000 e)...


Po pierwszych kilku chwilach poszłyśmy na spacer po mieście. Pojechałyśmy. Sandra, która trenuje kolarstwo (i biegi, i tenis, itd.), oczywiście musiała się pewnie nudzić tempem, ale jednak było przyjemnie. Samo miasteczko okazało się być dla mnie dość zaskakujące, szczególnie że w samym jego centralnym punkcie można spotkać rodzinę Bambi!

Po powrocie mama Sandry podała nam obiad. Jejku, jacy ci Holendrzy są szaleni! Ich kuchnia to miks wszystkiego! W tym konkretnym daniu znalazłam: curry, jabłka, tofu, fasolę, rodzynki... Zresztą, może niektórzy z Was pamiętają czerwoną kapustę, którą Sandrucha mi raz przygotowała...?

Holendrzy, okazuje się, są narodem, który spożywa najwięcej produktów mlecznych na świecie (w przeliczeniu na jednego obywatela). Na zdjęciu przepyszne coś - vla - deser holenderski, który może niektórym kojarzyć się z budyniem...!
======================================


Postanowiłam dodać jeden post zamiast dwóch, ponieważ tak jest szybciej i sprawniej ;) dziś byłam z Sandrą w Groningen. Naszym celem było upolować super-tanie buty, jednak okazało się, że całe miasto pochłonięte jest pewnym festiwalem fotograficznym i dzięki temu miałyśmy zabawy co nie miara.


Pomiędzy jedną a drugą rundą zwiedzania, usiadłyśmy w świetnej kawiarni na - ponoć - najlepszą szarlotkę na świecie! Sandra wybrała szarlotkę z gruszką, a ja z pistacjami, orzechami i migdałami. Obie zamówiłyśmy gorącą czekoladę z cynamonem i kardamonem...


Wystaw było mnóstwo, podzielonych na 4 główne działy, wszystkie dotyczyły związku ludzi i miast, tożsamości obu, zmian jakie w obu zachodzą. Bardzo poruszające, świetne techniki, niezwykłe interpretacje. U góry zdjęcie Paula Goefferje'a, który wpierw sfotografował Bejrut w '74 roku (podczas wojny z Izraelem), a następnie wrócił w te miejsca i sfotografował je panoramicznie. Odnalazł ludzi, którzy mieszkali w tych częściach miasta i zapisał na zdjęciach ich wspomnienia z tamtego czasu, umiejscawiając ich wypowiedzi w miejscu, gdzie kiedyś istniały ich domy. Niezwykłe, poruszające, smutne.

A tu obrazek przedstawiający silny związek Holendrów z naturą ;)

buziaki, wszystkim!

2 komentarze: