środa, 10 sierpnia 2011

Wycieczka

Cieszac serca niemieckim latem, postanowilismy z Danielem isc na maly spacer. Maly spacer, tak brzmiala Danielowa propozycja, bo - jak wszyscy wiedza - nie jestem szczegolna fanka chodzenia/biegania/wspinania sie/wiekszosci aktywnosci fizcznych.

Daniel jest ogromnym milosnikiem natury, w tym takze ludzi. Rok temu pracowal w praku narodowym, oprowadzajac grupki rozwrzeszczanych dzieci po wspanialych miejscach daleko od cywilizacji, a teraz, w osroku badan, zajmuje sie prognozami sytuacji ekologii w Niemczech za 20 lat. Jet to gosc, ktory wie wszystko o wszystkim i z ktorym mozna o tym prowadzic niekonczace sie rozmowy. Nic wiec dziwnego, ze 10 kilometrow na piechote, w wietrze i srogich chmurach, nie zrobilo na mnie wrazenia.

To chyba wlasnie o to chodzi, ze jesli jest z kim, jesli towarzyszy temu mila rozmowa, mozna pokonywa nie tylko metry, ale i kilometry, nie meczac sie, nie nudzac sie, nie czujac presji czasu. My po prostu szlismy, patrzylismy na kolory i to wlasnie bylo piekne.

Co ciekawe, Daniel to osoba, ktora - kiedy jest w domu - komputer ma wylaczony, a zadna muzyka nie zakloca jego glowy. Kiedy przechodzilismy przez pewien parczek, pomyslalam, ze w sumie szkoda, ze nie wzielam zadnego sprzetu grajacego, ale - jak sie szybko okazalo - to byl chyba najprzyjemniejszy zbieg okolicznosci tego dnia. Sluchac wiatru, sluchac ptakow i wody niedaleko - jakiez to piekne!

W koncu dotarlismy na miejsce. Celem naszej wypraw bylo jezioro, ktore jest wynikiem prowadzonych kiedys prac wydobywczych. Co ciekawe, przed tym, jak wegiel, znajdowala sie tu wioska, ktora natychmiast przeniesiono w inne miejsce. Troche to niepokojace, jak latwo zmienic bieg czyjegos zycia.
Siedzielismy nad jeziorem, kazdy gadajac w myslach sam ze soba i okazjonalnie puszczalismy latawiec. Duzo przyjemnosci mi tych kilka chwi sprawilo, a co najciekawsze - znalazlam pewien (s)pokoj w glowie. Czuje wspaniala lekkosc na duchu.


Patrzac sie na fale, czlam sie daleko od wszystkiego. Niestety, jedno spojrzenie w dal i widok wyziewajacych weglowe opary kominow przypominal o tym, jak przerazajaco niedlugo nie bedzie czym oddychac i o tym, ze to wszystko to jakas fikcja - to jezioro, to plaza i cala ta przyjemnostka dookola, wszystko sztuczne!

Tak czy inaczej, chmury zaczely straszyc, zapakowalismy manatki i ruszylismy z powrotem. Droga do domu byla rownie przyjemna, co w te strone, szczegolnie, ze poswiecona rozmowom o podrozach i mikro-odkryciach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz