środa, 3 sierpnia 2011

W drodze do Niemiec...

... natknęłam się na pociąg do Kostrzyna, specjalny, na Woodstock.
Co z tego, że miałam na niego bilet, skoro pociąg CAŁY był w ludziach, jak te z obrazków z Afryki. Nie tylko nie miałam gdzie postawić walizki - ja nawet stopy nie miałam jak tam przemycić, by zawalczyć o swój kawałek podłogi.
W końcu jednak konduktor się zmiłował, podszedł do mnie, spojrzał pobłażliwie na moją białą koszulkę i walizeczkę na kółkach i mruknął spod wąsa: "Pani to pewnie nie na Woodstock?". Na szczęście nie, więc zostałam wpuszczona do przedziału służbowego.
A pociąg to bydlęcy prawie. Nie mam nic przeciwko Woodstockowi ani moim znajomym, którzy tam jeżdżą ani nieznajomym nawet też nie, ale jednak muszę przyznać, że w pociągu siedziało bydło. Pijane, klnące, łaknące jakiejkolwiek formy kontaktu (fizycznego, chociażby! wystarczy!), młode i gołe. Szalona młodość? Nie wiem, przeraża mnie to, taka bezmyślna masa złożona z zagubionych dzieci świata wirtualnego, które nie wiedzą, jak poprosić kogoś o uwagę.
... i ten trzydziestoparoletni "metalowiec" - który tu był starą wygą, a w normalnym świecie jest pewnie żulem - który jedzie ze swoją córką, klnąc przy niej obficie. Ciekawe, kiedy jej blond włoski zmienią się w punka...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz