czwartek, 11 sierpnia 2011

Transport w Niemczech...

... jest niezawodny. Szybki, punktualny, nowoczesny. Wszystkie te przymioty jednak kryją się w cieniu cen biletów kolei, które są horrendalnie wysokie. Ponieważ, opanowana spokojem ducha, zdecydowałam się opuścić Lipsk, wraz z Danielem poszukaliśmy na Mitfahrgelegenheit jakiejś dobrej duszy, która by mnie podwiozła. Ogólnie serwis jest świetnym rozwiązaniem dla podróżujących po Niemczech, szczególnie tych o ograniczonym budżecie. Cały system polega na współpracy kierowców (różnego rodzaju i stopnia zaawansowania w kierowaniu pojazdem) i przyszłych pasażerów - z jednej strony pasażerowie dorzucają się do paliwa, z drugiej sami mają zapewniony przejazd w o wiele niższej cenie. Fajnie było, spałam całą drogę...

... a w głowie to:


Co teraz?
A, sama nie wiem. To na pewno nie koniec moich wakacji (podróży), to tylko chwila przerwy. Miałam różne plany, jednak w trakcie podróżowania się one pozmieniały diametralnie. Przed chwilą znalazłam super tani lot do Meksyku, potem widziałam promocję do Wiednia, a póki co mam potrzebę chwili na wzięcie oddechu i zastanowienia się, czego i gdzie i kiedy chcę, nie tylko w kwestii podróży. Z celów na ten miesiąc/dwa tygodnie/tydzień/weekend: przeczytać zaległe książki, zrealizować kilka moich pomysłów kulinarnych, wybrać się z kilka razy na basen, na jogę, pojeździć na rowerze, spotkać się z kilkoma osobami, kilka osób odwiedzić, nauczyć się porządnie na zbliżającą się sesję (bo kiedy były pierwsze terminy, ja byłam w Izraelu), zacząć uczyć się pewnego języka i do pewnego wrócić. Jak widać, fajnie może być też w bezruchu.

buziaki, do przeczytania

środa, 10 sierpnia 2011

Wycieczka

Cieszac serca niemieckim latem, postanowilismy z Danielem isc na maly spacer. Maly spacer, tak brzmiala Danielowa propozycja, bo - jak wszyscy wiedza - nie jestem szczegolna fanka chodzenia/biegania/wspinania sie/wiekszosci aktywnosci fizcznych.

Daniel jest ogromnym milosnikiem natury, w tym takze ludzi. Rok temu pracowal w praku narodowym, oprowadzajac grupki rozwrzeszczanych dzieci po wspanialych miejscach daleko od cywilizacji, a teraz, w osroku badan, zajmuje sie prognozami sytuacji ekologii w Niemczech za 20 lat. Jet to gosc, ktory wie wszystko o wszystkim i z ktorym mozna o tym prowadzic niekonczace sie rozmowy. Nic wiec dziwnego, ze 10 kilometrow na piechote, w wietrze i srogich chmurach, nie zrobilo na mnie wrazenia.

To chyba wlasnie o to chodzi, ze jesli jest z kim, jesli towarzyszy temu mila rozmowa, mozna pokonywa nie tylko metry, ale i kilometry, nie meczac sie, nie nudzac sie, nie czujac presji czasu. My po prostu szlismy, patrzylismy na kolory i to wlasnie bylo piekne.

Co ciekawe, Daniel to osoba, ktora - kiedy jest w domu - komputer ma wylaczony, a zadna muzyka nie zakloca jego glowy. Kiedy przechodzilismy przez pewien parczek, pomyslalam, ze w sumie szkoda, ze nie wzielam zadnego sprzetu grajacego, ale - jak sie szybko okazalo - to byl chyba najprzyjemniejszy zbieg okolicznosci tego dnia. Sluchac wiatru, sluchac ptakow i wody niedaleko - jakiez to piekne!

W koncu dotarlismy na miejsce. Celem naszej wypraw bylo jezioro, ktore jest wynikiem prowadzonych kiedys prac wydobywczych. Co ciekawe, przed tym, jak wegiel, znajdowala sie tu wioska, ktora natychmiast przeniesiono w inne miejsce. Troche to niepokojace, jak latwo zmienic bieg czyjegos zycia.
Siedzielismy nad jeziorem, kazdy gadajac w myslach sam ze soba i okazjonalnie puszczalismy latawiec. Duzo przyjemnosci mi tych kilka chwi sprawilo, a co najciekawsze - znalazlam pewien (s)pokoj w glowie. Czuje wspaniala lekkosc na duchu.


Patrzac sie na fale, czlam sie daleko od wszystkiego. Niestety, jedno spojrzenie w dal i widok wyziewajacych weglowe opary kominow przypominal o tym, jak przerazajaco niedlugo nie bedzie czym oddychac i o tym, ze to wszystko to jakas fikcja - to jezioro, to plaza i cala ta przyjemnostka dookola, wszystko sztuczne!

Tak czy inaczej, chmury zaczely straszyc, zapakowalismy manatki i ruszylismy z powrotem. Droga do domu byla rownie przyjemna, co w te strone, szczegolnie, ze poswiecona rozmowom o podrozach i mikro-odkryciach.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Lepzig - the city of viel SpaB

(post pisany na niemieckiej klawiaturze, bez polskich znakow, przepraszam!)

Idea byla taka, ze szybko wskakuje w szybki pociag i szybko w Berlinie jestem. Kiedy pociag sie zatrzymal, automatyczny podjazd dla niepelnosprawnych sie wysunal pod drzwiami, a ja nacisnelam zielony guzik, z wagonu wylala sie masa ludzka, masa po-woodstockowa. Nie udalo mi sie do niego wsiasc.


Nastepny pociag za pol godziny, mysle, ze to nie tragedia, poczekam. Sytuacja niewiele sie roznila od poprzedniej, zreszta nastepny pociag tez byl tylko powtorka poprzednikow. Wzielam sie na sposob i wskoczylam do nastepnego pociagu, jadacego do Kostrzyna, zeby byc w wagonie jako pierwsza i w ten oto sposob, okropnie spozniona, dotarlam do Berlina. Plusem tak zapakowanego pociagu byl brak kontroli, wiec zaoszczedzilam na bilecie. Zaoszczedzilam... Hahaha, w sumie, biorac pod uwage, ze godzinna podroz z Berlina do Leipzig kosztuje 43e, nie jestem pewna, czy w ogole moge mowic o jakiejkolwiek oszczednosci.


No, ale dotarlam do Lipska, miasta o tradycjach wolnosciowych, wyzwolenczych i komunistycznych. Wszystkie te trzy aspekty sie mieszaja, na ulicach mozna zobaczyc po troche z kazdego, jednak goruje dobry smak umiar.


Lipsk to - ku mojemu zdziwieniu - miasto doktora Faustusa. Znajduje sie w centrum miasta taki asaz handlowy, w ktorym z kolei znajduje sie piwnica, w ktorej akcja jednej ze scen dziela Goethego sie toczyla. Naprawde, stalam oniemiala, bez glosu, gapiac sie na pomnik.


Kolejna niespodzianka byl dla mnie fakt, ze Martin Luther King (nie "Ring" :P) urodzil sie i spedzil pokazna czesc swojego zycia wlasnie tutaj. W zasadzie, chodzilam po ulicach, po ktorych taki gosc kiedys chadzal... No, ale, jak powiedzialam, Lipsk ma pewne tradycje wolnosciowe - to nie tylko Martin Luther, ale i rozne fakty z historii, na przyklad to, ze "pokojowa rewolucja" (ta, ktora doprowadzila do upadku Muru Berlinskiego) zaczela sie w Lipsku wlasnie. To miasto jest przesiakniete wolnoscia i mozna to w powietrzu wyczuc.

Musze przyznac, ze w swoim podrozowaniu wykazalam sie pewna naiwnoscia. Do zeszlego miesiaca "podroze" i "Niemcy" nie szly w parze w mojej glowie. Z gory zakladalam, ze w tym ogromnym, 80milionowym panstwie nie ma NIC do zobaczenia. W zeszlym miesiacu, zastanawiajac sie, jak dalej pokierowac moje zwiedzanie swiata, doznalam wielkiego zdziwienia, uswiadamiajac sobie, jak duze Niemcy sa. Z czystej logiki wynikaloby, ze na tak ogromnej powierzchni powinno sie znajdowac choc jedno fajne miejsce.


W Lipsku odleglosc moznaby mierzyc, jak zgodnie ustalilismy z Danielem, parkami. Tak jak w dawnych czasach mierzono odleglosc szczegolnymi miejscami w terenie (duze drzewo, wawoz...) tak tutaj wspanialym wyznacznikiem bylyby parki i skwery. Wlasciwie co 100-300 metrow znajduje sie jakis, wiec w zasadzie kazda droge moznaby nimi opisac. Szkoda, ze nie ma tu moich harcerzy, urzadzilabym pokrecona gre terenowa...


Wykorzystujac naturalne udogodnienia, wlasciwie caly dzien spedzilismy przewalajac sie po roznych trawnikach w parkach. Slonce bylo przyjemne, cala pogoda byla niczego sobie, wiec wlasciwie - dlaczego nie? Podrozowanie to chyba nie (tylko) odhaczanie zabytkow na liscie, ale tez *bycie* w miejscu, rozmowa z *ludzmi*, a z Danielem jest o czym rozmawiac.



Zamiast obiadu urzadzilismy sobie piknik(as)...


... obserwujac prawdziwie letnia jesien, wirujace na wietrze pozolkle liscie...


... by po chwili cierpiec z powodu siarczystego (czy to wlasciwy przymiotnik?) deszczu, ktory nie pozostawil na nas suchej nitki.


Piknik dokonczylismy w akademiku. W akademiku. Akademiku. To slowo zupelnie nie oddaje tego, czym wlasciwie niemieckie akademiki sa. Daniel mieszka w duzym mieszkaniu na trzecim pietrze, niedaleko centrum miasta. W mieszkaniu sa dwie lazienki, kuchnia i trzy duze pokoje. Jeden z nich, zamykany na klucz, w pelni wyposazony, to pokoj Daniela. Za taki akademik studenci placa 800 zl miesiecznie. Boze, dlaczego musi mnie dotyczyc polski system edukacji...


Wieczorem wdrapalismy sie na najwyzszy drapacz chmur...


... by powiedziec "dobranoc" zaspiajacemu miastu.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Pozdrowienia z Trebnitz

Hej, ludzie!


Ostatnich 5 dni spędziłam w strasznie starym Zamku Trebnitz, którego ściany ponoć pamiętają czasy, kiedy nawet mnie nie było na świecie. Zamek jest ogromny i ponoć w nim straszy... Może nie w nim, może to tylko moja głowa? Tak czy inaczej, nie czułam się komfortowo, przemierzając w nocy te korytarze...

Choć był to kurs komunikacji interkulturowej (polsko-niemiecki), w tym samym zamku miało miejsce międzynarodowe spotkanie studentów i w ten sposób poznałam kilka niezwykłych osób, np. Katarinę z Serbii...

Hilalę z Chin, Darilę z Turcji i Charlotte ze Szwajcarii :) Szczerze mówiąc, znów lepiej czułam się w tym mieszanym, pokichanym towarzystwie niż w kontekście polskim. Nie wiem, nie umiem się znaleźć może w polskiej gramatyce (uczuć).

post taki krótki i pośpieszny, jak pociąg, na który się strasznie śpieszę i który mnie zabierze do Lipskaaaaaaaa!

czwartek, 4 sierpnia 2011

the more i see, the less i know

Gdzieś, w którejś książce przeczytałam, że kiedy podróżujemy, wszędzie zostawiamy cząstkę siebie. Mnie się wydawało, że jest odwrotnie, że gdziekolwiek nie jestem, tam pewną cząstkę znajduję. Teraz - sama nie wiem, może to tak jak w naturze - musi być pewien balans? Jeśli coś znajduję, coś innego gubię, nie ma tyle miejsca w mojej głowie czy sercu, przecież.

Dobranoc z tego niemieckiego do szpiku kości miejsca :)

środa, 3 sierpnia 2011

W drodze do Niemiec...

... natknęłam się na pociąg do Kostrzyna, specjalny, na Woodstock.
Co z tego, że miałam na niego bilet, skoro pociąg CAŁY był w ludziach, jak te z obrazków z Afryki. Nie tylko nie miałam gdzie postawić walizki - ja nawet stopy nie miałam jak tam przemycić, by zawalczyć o swój kawałek podłogi.
W końcu jednak konduktor się zmiłował, podszedł do mnie, spojrzał pobłażliwie na moją białą koszulkę i walizeczkę na kółkach i mruknął spod wąsa: "Pani to pewnie nie na Woodstock?". Na szczęście nie, więc zostałam wpuszczona do przedziału służbowego.
A pociąg to bydlęcy prawie. Nie mam nic przeciwko Woodstockowi ani moim znajomym, którzy tam jeżdżą ani nieznajomym nawet też nie, ale jednak muszę przyznać, że w pociągu siedziało bydło. Pijane, klnące, łaknące jakiejkolwiek formy kontaktu (fizycznego, chociażby! wystarczy!), młode i gołe. Szalona młodość? Nie wiem, przeraża mnie to, taka bezmyślna masa złożona z zagubionych dzieci świata wirtualnego, które nie wiedzą, jak poprosić kogoś o uwagę.
... i ten trzydziestoparoletni "metalowiec" - który tu był starą wygą, a w normalnym świecie jest pewnie żulem - który jedzie ze swoją córką, klnąc przy niej obficie. Ciekawe, kiedy jej blond włoski zmienią się w punka...

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Zamiast oglądać ruiny...

... postanowiłam się cały dzień lenić.
Plan był taki, żeby dziś odwiedzić Efez (to, co z niego zostało) i Dom Maryi (tak, matki Jezusa), jednak było gorąco, parno, a ja byłam zmęczona i w efekcie zamiast odkrywania przeszłości...

... pomalowałam paznokcie na nowe kolory...


... spróbowałam oryginalnego Sutlac, bo ten, którego ugotowałam z Nagiham był przypalony i nieciekawy...

... a także opalałam się i myślałam o sprawach różnych na plaży.

Za jakąś chwilę moja przygoda z Turcją się kończy. Enough is enough.