niedziela, 31 lipca 2011

Tuż przed wyjazdem ze Stambułu zamarzyła mi się Mercimek Corbasi, którą jakiś czas temu Sena i Eda przygotowały dla mnie.

Zupa nie należy do tych apetycznie wyglądających, jednak jej pojawienie się na moim stoliku spowodowało u mnie dużą radość. Kiedy pryszczaty kelner, stawiając przede mną talerz, wylał trochę zupy tak, że wyglądała jeszcze mniej apetycznie, moje poczucie absurdu chwili obudziło się głośnym śmiechem. No ale zupa pyszna.

Obok restauracji była piekarnia, więc nadgoniłam wszelkie moje zaległości w przysmakach tureckich. Moimi ulubionymi słodyczami są te wyglądające jak parówki z orzechami - są to pysznostki zrobione z soku winogronowego i miodu, z bakaliami. Mniam.
...a potem 12 godzin w autobusie, podczas których śniło mi się wszystko.

Pierwotnym planem było, żebyśmy od razu po przyjeździe do Selcuk pojechali do Efezu, ale już o 8 rano było bardzo gorąco, nie mieliśmy gdzie zostawić bagaży, więc zdecydowaliśmy się pojechać jednak do hotelu, w Kusadasi. No właśnie, do hotelu...

Ci, którzy mnie znają trochę, wiedzą, że ja to raczej panna couchsurfingowo-hostelowa jestem, że w sumie to nawet na lotnisku czy plaży spać mogę. W Turcji strasznie ciężko o CSera (kiepski angielski, mało hostów, a faceci tu jasno mówią, że szukają sex-experience), w Kusadasi ciężko o hostel, lotniska brak, a plaża kamienista. Znalazłam jednak hotel za 13e za noc - hotel z klimatyzacją, internetem, basenem i śniadaniem (pokoje z łazienkami). Dla porównania - noc w ośmioosobowym hostelu w Warszawie, na niewygodnym, ciasnym łóżku, w pobliżu brudnej i śmierdzącej łazienki - 60 zł... :)

Czuliśmy się z Tomkiem całkiem szczęśliwi, że po męczącym Stambule i potliwym hostelu znaleźliśmy się tutaj, póki nie wyszliśmy na miasto i nie doświadczyliśmy efektu Schinkenstrasse dookoła.

Głośni Niemcy, marudni Angole, a w menu wszystko prócz tureckich specjałów - oto Turcja dla turystów!

Idąc na plażę, mijaliśmy dom z namalowanymi na ścianach koalami. Ja osobiście koale kocham, więc nie mogłam się oprzeć temu zdjęciu. Chciałabym być koalą kiedyś albo chociaż z koalami pracować.


Czasem tak jest, że widzimy na ulicy kogoś zupełnie obcego, ale ponieważ jest tak mocno podobny do kogoś, kogo znamy lub znaliśmy, od razu go bardzo lubimy lub wręcz przeciwnie. Chłopak po lewej, którego zapytaliśmy o drogę (świetny angielski!) był bardzo podobny do mojego dawnego znajomego, Cthulha, więc od razu uznałam, że jest on osobą przemiłą. Ciekawe.

To, co w Stambule było tanie, tutaj jest przynajmniej o 2 zł (1TL) droższe - szaleństwo! To przecież stolice są zawsze najdroższe...!

Stojąc w kolejce w sklepie, zobaczyłam paczki papierosów z różnymi zdjęciami, zniechęcającymi do palenia. Robią wrażenie, jestem ciekawa, jak bardzo są skuteczne.


Panowie w porcie...

... stara para na ławce...

... i ja, szczęśliwa, że choć na chwilę z podróżniczki stałam się zwykłą turystką ;)

sobota, 30 lipca 2011

12 godzin

Za chwilę opuszczam Stambuł, nie jest mi z tego powodu ani radośnie ani smutno. Nie jest radośnie, bo zostawiam tu, w hostelu, kilka osób, z którymi chciałabym się mocniej zaprzyjaźnić, które chciałabym lepiej poznać. Nie jest smutno, bo Stambuł to bardzo nieładne i nieciekawe miasto.

Przede mną 12-godzinna podróż, żeby dotrzeć do [niespodzianka!]

piątek, 29 lipca 2011

Ludzie, ludzie...

Przyjechałam do Turcji zrelaksować się, pobyć sama ze sobą, pocieszyć się tym, co przeżywam w środku. Najlepszym dla mnie sposobem na to, kiedy podróżuję, jest wyjście w miasto, gapienie się na ludzi i jedzenie.
Okej, prawdą jest, że Turcja mi się nie za bardzo podoba, ale jednak ci wszyscy ludzie siedzący bez nadziei i planu na ulicy są dla mnie w pewien dziwny sposób inspirujący.


Kilka dni temu powiedziano mi, że nie powinnam jeść niczego, co kosztuje poniżej 2 lirów, ALE znalazłam taki bar, absolutnie tylko i wyłącznie z Turkami w środku, gdzie ceny są niskie, a jakość jedzenia - podobno - bardzo wysoka. Muszę przyznać, że spróbowałam wszystkiego i było pysznie i ekonomicznie - ogromny talerz jedzenia, za który zapłaciłam 8 złotych. Jedzenia bezmięsnego!

Po tak ogromnym posiłku, udałam się na sjestę, położyć się na trawie i popatrzeć na chmurki. Spotkałam jednego gościa z mojego hostelu, gościa z Ekwadoru, to bardzo ciekawe, wymieniać poglądy na temat jednego kraju, kiedy oboje pochodzimy z całkiem różnych kultur.

Policji na ulicach jest dużo, ale niezbyt zaangażowanej. Policjanci są grubi i albo siedzą i się pocą albo stoją i się gapią. Nic specjalnego, nic, co by sprawiło, że poczułabym się bezpieczniej tu.

Kukurydza w kolbach to może nic specjalnego...

... ale kukurydza gotowana w mleku, a następnie opiekana na grillu - to już coś! Już wiem, co ugotuję rodzince po powrocie...!

Mehmet, pucybut, ma 62 lata, kiedyś był nauczycielem geografii, teraz jest emerytem. Nie lubi siedzieć w domu, więc siedzi przed nim, gadając z ludźmi i do ludzi.

Może dzięki temu, że z nim pogadałam, a może dlatego, że miałam pewien dekolt na sobie, Mehmet wypucował mi buty. Zabawne, czułam się jak dawnych czasach (które znam tylko z filmów), bo z tym mi się takie obrazki kojarzą.

Kolejnym przystankiem i punktem na mojej liście były szczególne lody, zwane w Turcji dondurma. To, co jest takie niezwykłe to to, że dodaje się do nich ekstrakt z korzenia orchidei, dzięki czemu mają one nieco ciągnącą się konsystencję. Bardzo spodobała mi się pasja, z jaką ten pan wykonywał swoją pracę, więc wybrałam tę budkę.

Burak, bardzo popularne imię Tureckie, ma żonę i córkę, niedawno pracował jako sklepikarz, ale stwierdził, że na takich lodach można zarobić więcej. Nie za bardzo lubi Stambuł, chciałby mieszkać w Unii.

Alim, 66 lat, łowi i sprzedaje ryby na moście Galata. Ryby i morze zawsze były jego pasją i sumie, skoro jest singlem, to, co złowi, wystarcza mu na życie. Zapytał, czy jestem mężatką, powiedziałam, że nie, na co Alim uśmiechnął się szerzej i powiedział "tak trzymać".

Mój dzień zakończył się tak zwanym "balik ekmek" czyli bułką z rybą (3 złote). Knajpa była obsługiwana przez samych facetów (czy to reguła w Turcji...?), którzy co chwilę prawili mi komplementy, a po mojej porcji przynieśli mi jeszcze kilka darmowych herbat, mnóstwo deserów tureckich (baklawa, chałwa, itd), a na odchodne dali mi jeszcze bochenek chleba.

czwartek, 28 lipca 2011

Lazy day

Dzisiaj spędziłam z dobrych 7 godzin w muzeum sztuki nowoczesnej. Sama nie wiem, co o tym myślę. Nasuwa mi się kilka przemyśleń o sztuce w Turcji i sztuce w ogóle, zastanawiam się, czego od sztuki oczekuję, czego w niej szukam i co dokładnie znajduję, ale to wszystko jest jeszcze takie nieokreślone.
Dzień zaczął się od przemiłego pana sklepikarza z naprzeciwka, który zaprosił mnie i Tomka na herbatę. Tomek, który boi się wszelkich bakterii świata, szybko udał się do sklepu, a ja oczywiście skorzystałam z darmowej herbatki o poranku. Trochę pogadaliśmy, to znaczy on, bo ja to z moim tureckim potrafiłam powiedzieć tylko "evet, evet" ("tak, tak"), ale jednak jakaś komunikacja zaszła. Czego nie umiałam powiedzieć, rysowałam, więc w sumie nie wiem, czy nie byłoby lepiej, gdybym mówiła nawet po chińsku... :)

Poszwendałam się dziś po Stambule nieco, wolnym krokiem, bez spinania się. Próbuję w swojej głowie zdefiniować Turcję (na podstawie moich obu wizyt) i Stambuł. Oba na pewno są ogromne, ale - co poza tym? Brudne. Głośnie. Chaotyczne. Europeizujące się.


Bardzo kolorowe, jaskrawe, przejaskrawione, rzucające się w oczy, te oczy atakujące.

Dziś w hostelu rozmawiałam z jednym podróżnikiem (w pełnym znaczeniu tego słowa, podróżujący od 5 lat dookoła świata; w ogóle hostel, w którym jestem, najtańszy z możliwych - 20 zł za dobę - przyciąga tylko samych takich, bo tylko tacy żądni wrażeń i odważni by się za taką cenę odważyli gdzieś spać; a hostel na serio jest porządny)... no więc rozmawiałam z podróżnikiem o tym, że Turcja się zbyt *stara* być bliskowschodnia. Że te wszystkie nargile, te łaźnie, te wszystkie cuda, przyprawy - to są elementy świata Orientu, które może i w Turcji były zawsze, ale nie były aż tak eksponowane. To, co się stało, to to, że wraz z napływem turystów, zaczął być tworzony jakiś wizerunek orientalny, który w praktyce nie pasuje do niczego, który jest kiczowy i kanciasty.


... mi ta Turcja po prostu nie leży ("ta" odnosi się do tego, czego tu doświadczyłam, co tu zobaczyłam). Ja nie wiem, jak ją opisać, jak zaszufladkować w głowie. Może to tylko kwestia punktów odniesienia - przy islamskiej Palestynie, to trochę islamskie państwo wcale się dobrze nie prezentuje - a może tego, że po prostu Stambuł nie zachwyca.

To wszystko jeszcze do przemyślenia, do zbadania. Pewnie wraz z kolejnymi dzielnicami przemierzonymi i kolejnymi potrawami zjedzonymi będzie mi łatwiej i jaśniej w głowie.

środa, 27 lipca 2011

Siódme poty...

Dziś trwa już zdecydowanie za długo, przeszłam już prawie wszystkie ważne punkty, na jutro zostawiłam sobie największe przyjemności, a pojutrze będę się właściwie tylko wypacać na trawie, czytając książkę, a potem - potem to się ruszę gdzie indziej...


Nie jestem pewna, czy w trakcie mojego pobytu wstanę jeszcze kiedyś tak wcześnie, by o 8 być już w pełni obudzona i gotowa do całodniowego chodzenia. W każdym razie - mgiełka na morzu i zaspane stateczki zrobiły na mnie wrażenie. [przy okazji odkryłam paprochy na moim zenit-obiektywie, hmmm...]


Nie chciałabym być ignorantką, chciałabym być wrażliwa i świadoma tego, co dookoła mnie, ale te wszystkie meczety (a w Stambule jest ich prawie 2600), zbudowane mniej-więcej w tym samym czasie, z tego samego materiału, z podobną ilością minaretów naprawdę są dla mnie nie do odróżnienia...


Po kilku godzinach solidnego marszu (po odwiedzeniu Hagii Sofii, Niebieskiego Meczetu itede, itede), postanowiliśmy usiąść w kawiarni i przy tureckiej herbatce zastanowić się, czy aby na pewno chcemy spędzić tu siedem dni. Nie chcemy. Za dużo hałasu, za dużo ludzi, za duże odległości, nic zapierającego dech w piersiach, prócz jedzenia, które przecież jest także i w innych miastach...


Po herbatce nastał czas na sjestę... Nie, nieprawda. Właściwie chcieliśmy pójść zobaczyć zamek, ale skończyło się, jak się skończyło - ludzie leżący na trawnikach, rozkładający się tam, takie widoki wystarczyły, by i mnie to pochłonęło. Było przyjemnie, odliczam już minuty do pojutrza, gdy cały dzień tak będzie wyglądał - jeden wielki piknik...


W drodze na Wielki Bazar myślałam intensywnie o moim stosunku do tego miasta. 12 milionów ludzi się tu tłoczy - to widać po ilości śmieci, po korkach na drogach, słychać po krzykach, czuć w tłumie. 12 milionów to więcej niż ma cały Izrael, a jednak nie ma tu tylu osobowości na ulicach, ludzie sterczą na rogach, sapiąc, a brzuchy wiszą. Wszystko tu jest takie samo, nie ma wielkiej różnorodności. Nie wiem sama, po prostu czuję się zagubiona w tym całym powtarzalnym chaosie [choć się jeszcze ani razu nie zgubiłam tu...]


W końcu dotarliśmy na targ. Oczywiście, wciągnęłam wszystkie słodycze świata, a kiedy poczułam, że tracę kontrolę nad przyrostem masy tłuszczowej, opamiętałam się.


Zapach herbaty unosił się wszędzie i można ją było poczuć nawet na języku i w przełyku.


Ceramika, szklanki i kociołki wołały mnie z każdego rogu (a przecież mam tylko 4 kg wolne w walizce...)


No ale można też było zaopatrzyć się w mydło z czosnku...


A na "do widzenia" - gość, który ma dużo na głowie.

wtorek, 26 lipca 2011

Do celu...

To chyba już rutyna. Rano wstaję, idę z turkoczącą walizką po zaspanym mieście, ostatnich 100 metrów biegnę truchtem, bo boję się, że się spóźnię na autobus. Te wszystkie przystanki, duże ulice, podziemne przejścia, autobusy, zaspani ludzie - to wszystko jedno i to samo, już nie ma różnicy, jakie miasto...


Po kilku godzinach w samolocie (w którym pożałowali nam nawet napojów...) zbliżałam się już do miejsca, gdzie kolejny etap podróży się miał zakończyć. Nie miewam strachu przed lataniem, nie boję się lądowań ani startów, nie boję się silników wyjących ani turbulencji. Tym razem jednak naprawdę coś w środku mnie drgało. Ze wszystkich moich dziwnych lądowań, tego najbardziej się obawiałam. Nie chodzi o to, że umieranie czy życie mi mignęło przed oczami - chodzi o to, że jeśli miałabym się gdzieś roztrzaskać, to nie tutaj...!


Na dworcu pan sprzedający ostrygi i inne przysmaki za 1 lirę. Właściciel hostelu, z którego teraz piszę podał nam kilka zasad na dzień dobry, między innymi (np. "nie gotujcie śmierdzącego żarcia") - nie kupujcie żadnego żarcia poniżej 2 lirów. Zaoszczędzicie, a w szpitalu wydacie 150 razy tyle. Podobno w ciągu 5 lat działania tego hostelu miał już ponad 50 takich przypadków. No, ale nikt nie umarł.


Duże zaskoczenie dla mnie, bo od razu porównanie z Polską. Cola Turka, napój pseudo-colowy jest tutaj popularny prawie tak jak coca-cola. To, co mnie zaskakuje to nazwa - czy jeśli w polskich sklepach byłyby butelki z napisem "Polska Cola", czy byłyby popularne...?


Czekając na autobus, obserwowałam tę dziewczynę: pełna pokory, skromna, życzliwa i ciepła. Pulchna, a pewnie jej to nie przeszkadza. Piękna duchem.


No, ale z Izmiru do Stambułu, autobusem. Wszyscy robią duże oczy, a na ich duże oczy duże oczy robię również i ja. Mówią: autobusem? lepiej kup bilet samolotowy... Ja na to: to przecież niecałe 600 km, prawda? Oni: Tak, ale to ponad 10 godzin... Albo: oni: Kup bilet na samolot, ja: Jestem studentką (=nie mam kasy), oni: To nie trać swojego czasu...
Na szczęście bus pierwszej klasy: klimatyzowany, z tv, co chwilę picie, jakieś przysmaki, wygodnie. Było miło.


Ja to jednak lubię jeździć autobusami, autami czy pociągami przez jakiś kraj. Szczególnie te pierwsza dwa są mi przyjemne - dają możliwość podpatrzenia zwykłego życia, zwykłych krajobrazów, nie jedzie się aż tak szybko, by szczegóły umykały. Jasne, traci się czas - a w sumie, może się go właśnie zyskuje...?


W Stambule byliśmy o 6. Nim dotarliśmy do hostelu, była już 7. Hostel budził we mnie pewną konsternację od początku, bo na stronie, przez którą go rezerwowałam, miał skrajne oceny - od "wspaniały, a gospodarz zabawny i kochany!" do "obrzydliwe miejsce, nie da się tam wytrzymać, właściciel to cham!". Pomyślałam jednak, że kurde, w jednym z najdroższych miejsc w Europie (na świecie może?) płacę tylko 20 zł za dobę, więc na serio nie powinnam oczekiwać za wiele. Bałam się, co prawda, że hostel nie istnieje... Istniał. W uliczce pełnej śmieci. No, ale okazało się, że wewnątrz jest całkiem fajnie, całkiem przyjemnie. Hurra.

Nim jednak mogliśmy wejść do środka (= nim panowie ze zdjęcia zadzwonili do właściciela hostelu, by go obudzić), czekaliśmy na zewnątrz, a ci panowie poczęstowali nas tureckimi przysmakami: burkiem i jakąś słodką bułką. W sumie chyba poczęstowali mnie, a Tomek to na doczepkę, ale ważny jest efekt. No właśnie: kobiety (a przynajmniej ja) nie są wcale traktowane w Turcji źle. Są traktowane jak słabsze, jasne - ale ma to swoje dobre strony, na przykład darmowy przejazd, rozwiązywanie moich problemów, telefonowanie za mnie, gdzie trzeba (wczoraj z dworca do hostelu, żeby utrzymać moją rezerwację, dzisiaj, by obudzić właściciela)... Ale to samo obserwuję dookoła: kobiety, często pozakrywane, otrzymują tyle ciepła i wsparcia od swoich mężczyzn, że tylko pozazdrościć. Cóż, można być albo zachodnią feminą albo islamską żoną. Można też nie stosować takich kategorii i być szczęśliwą i poza nimi :)

okej, idę podbijać Stambuł.

poniedziałek, 25 lipca 2011

"everything happens for me, not to me"

... czyli "nic nie przydarza się mnie, tylko dla mnie" - cytat z książki, którą właśnie czytam. Okazuje się, że to, że nie pojechałam na Węgry a stamtąd do (m.in.) Rumunii to żadna wielka przykrostka. To po prostu się stało, tu nie ma ani smutku ani radości, o po prostu jest. Często to, co wydaje się nam ogromną porażką jest w rzeczywistości łutem szczęścia - trzeba tylko zdobyć się na szerszą perspektywę i otworzyć się na nowe możliwości.

Dla mnie taka "nowa możliwość" przydarzyła się zaraz na następny dzień po decyzji, że nie podbiję Rumunii w te wakacje - był nią super-ultra tani lot do [CENZURA] i szybka, spontaniczna decyzja. Mimo wszelkich stereotypów, które mnie - Polkę (Europejkę?) wychowaną tu i teraz - prześladują, nie miałam ani przez chwili ani grama strachu w głowie, wręcz przeciwnie - wiedziałam, że wszystko będzie dobrze.


Co jeszcze bardziej zaskakujące, okazało się, że znajoma Seny (któa bardzo chce mnie poznać... hmmm?) akurat jest w Stambule i mnie ugości na obiad. Okazało się też, że najlepsza przyjaciółka gościa, który miał mnie gościć w Rumunii też tam jest i też chciałaby się spotkać. Znalazłam też hostel za 5e za noc, w samym centrum centra i wszystko wygląda na to, że będzie świetnie.

Aha, no i jeszcze... Na zdjęciu widać marchewki (mój prowiant na pierwszy etap podróży) i - tajemniczą rozmazaną twarz. Jej właściciel, Tomek, był jedną z osób, z którymi pojechałam do Malagi. Zadzwonił do mnie wczoraj, powiedział, że właśnie (wcześniej) skończył praktyki i by gdzieś poleciał, a po chwili zarezerwował bilet na ten sam lot, co ja. No, to lecimy...! :)

==========================
a w uszach to: