sobota, 23 kwietnia 2011

Paris

Tak więc, w czwartek miałam jechać do Lyonu. W przeddzień, to jest w śro, siedziałam z Olą w kawiarni, kiedy nagle zadzwonił do mnie jakiś pan, mówiąc, że wyjazd był godzinę temu i jestem spóźniona. Cóż, z tego wszystkiego zapomniałam sprawdzić datę i w ten oto sposób w piątek...


... siedziałam o 18:45 na dworcu PKS cała zwarta i gotowa, czekając na autobus do Paryża.
Tuż przed odjazdem okazało się, że - znów z roztargnienia - zapomniałam o dowodzie i paszporcie, co groziłoby deportacją w razie problemów, ale na szczęście moi wspierający rodzice stanęli na wysokości zadania [wazelina].


Po 18 godzinach w autobusie, już w Paryżu, czekałam na darmową toaletę publiczną. Fajnie fajnie, tylko jeszcze nigdy fakt, że coś się samo czyści (reprezentowany przez niebieską lampkę) mnie tak nie irytował. Przy okazji - jestem ciekawa, w jakim języku napisana jest wiadomość Breillem...?


A oto mapka z trasą mojego marszu (poniekąd). Wyruszyłam tam, gdzie znajduje się duże kółko, dotrzeć miałam do Gare de Lyon (czyli na skos zdjęcia). Wg mapy google - 4,9 km...


... które pokonałam na pieszo, ciągnąc za sobą gustowną walizeczkę na kółkach.


Chciałabym mieć kiedyś tyle pieniędzy, by sobie móc malować swój jacht. Lub żeby móc zatrudnić kogoś do tego. Lub żeby mój mąż miał tyle pieniędzy, żeby mógł kogoś zatrudnić do malowania mojego jachtu. Lub żeby chociaż mógł zatrudnić mnie...


Kłódki na moście przypomniały mi o Wilnie. Mam wrażenie, że w ciągu tych 10 dni często różne rzeczy będą mi o Wilnie przypominały... ;)


A teraz będzie ciekawa historia. Ten oto pan, malarz, 2 lata temu uratował (wg swojej opowieści) tego oto gołębia z potrzasku. Codziennie, o tej samej godzinie, gołąb przylatuje w to miejsce, a pan malarz go karmi. Tak sobie siedzą, gadają, spędzając razem czas.
Nie wiem, czy w to wierzyć, bo historia przypomina mi tę ze "Spóźnionych kochanków" (też Paryż, też gołębie, też malarz), choć z drugiej strony ten gołąb naprawdę cały czas tam siedział, ustępując czasem miejsca ludziom...


Ładnie...

... tak ładnie...
... że postanowiłam usiąść sobie nad rzeką i wciągnąć marchewkę. Niestety, Paryż śmierdzi i rzeka też i wytrzymać się nie dało zbyt długo.


... ile ja bym dała, żeby w Warszawie była sobie karuzela!


Trafiłam na demonstrację przeciwko wiwisekcji. Dużo ludzi, duża krzyków...


... dużo ciekawostek...
... i osobliwości :)


Skauci, nie mówiący po angielsku ani w żadnym języku oprócz francuskiego :)


... Coś na kształt betonowej plaży


Zbliżając się do celu mojej pielgrzymki, minęłam szkołę jazdy na rolkach, gdzie dzieciaki dawały z siebie wszystko :)

... a nieco dalej także i dorośli wypacali się na kółkach :)
fajnie, że jest takie miejsce, gdzie można nauczyć się profesjonalnie jeździć na rolkach, choć z drugiej strony - zawsze myślałam, że to przychodzi samo...

... aż w końcu udało mi się dotrzeć do celu mojej wyprawy - Gare de Lyon. Jezu, jaka ja szczęśliwa byłam! Teraz tylko nie zapomnieć o pociągu, nie zgubić dowodu lub biletu, nie zostawić gdzieś walizki i - wszystko będzie dobrze:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz