środa, 13 kwietnia 2011

ostatnie chwile

Ostatnie belgradzkie chwile spędziłam dość intensywnie, jak zawsze, zresztą - wiedząc, że masz niewiele czasu, starasz się nie tracić go na niepotrzebne sprawy (jak sen, na przykład) i chłonąć każdą sekundę do granic możliwości.


Zmotywowałam się i podbiłam...


Wieżę na górze Avala (czyli w okolicach naszego hotelu). Wejście nie było straszne, zajęło mi może z godzinkę, ale ponieważ widok miał być porażający, nie poddawałam się ani na chwilę. A widok...


... był taki. Taaak... to jest Belgrad. Stolica Serbii... Miasto... :)


Ponieważ podczas całego pobytu w Serbii nie poświęciłam ani jednego zdania ich kuchni, należałoby to zrobić teraz. Ich kuchnia jest bowiem... Ciężka. Przede wszystkim - chleb. Do wszystkiego: ziemniaków, makaronu, zupy, mięsa, sałatek, do wszystkiego chleb, chleb i jeszcze raz chleb. Tak strasznie się przyzwyczaiłam do pieczywa na stole, że po powrocie do domu (dzisiaj) czułam pewien dyskomfort, jedząc ryż z brokułami, a bez chleba...


Serbowie zdają się nie dbać o walory estetyczne posiłków. Niejednokrotnie to, co dostawaliśmy, wyglądało jak rozmemłana bełtanina z miski psa - wszystko razem, rozgotowane lub niedogotowane: ziemniaki, mięcho, jakieś warzywa, w formie, która nie była ani puree ani zwykłym daniem. Serbowie po prostu nie przywiązują wagi do takich detali - jedzenie ma po prostu być - i to być konkretnie. Dlatego też każdy posiłek jest mięsny (5 mięsnych posiłków dziennie!), a często - jest to mięso z mięsem. I ogórki kiszone. I kalafior kiszony. I pomidory. Kiszone.


Poszliśmy z chłopcami na wycieczkę do miasta. Jazda autobusem była zawsze dla nas pewną frajdą, ponieważ nigdy nie kupowaliśmy biletów. Nie chodzi o to, że jesteśmy młodymi recydywistami, ale o to, że nawet kierowca, którego zdjęcie pojawiło się kilka postów wcześniej, powiedział, że nie ma sensu, bo i tak nikt tego nie sprawdza. Cóż, akurat chwilę po tamtym zdaniu weszła pani kanarka i pytającym spojrzeniem przeszyła chłopców, którzy - w przeciwieństwie do mnie - nie byli zajęci flirtem z kierowcą. Powiedzieli, na migi, że ja właśnie kupuję bilet. Zareagowałam, przypomniałam kierowcy, że może jednak by warto było kupić ten bilet, a on na to - "no ale zaraz macie już przystanek...", jejku, nie będę już kłóciła się z kierowcą! Potem powiedział, że ci kanarzy to jeszcze niedawno byli bezrobotni i w ten sposób miasto walczy z bezrobociem. Prawdą jest jednak, że nie są oni zbytnio zmotywowani do wystawiania mandatów, więc w sumie jest im płacone za nic.


Nie tak całkiem daleko od centrum miasta starszy pan pasł kozy.


Belgrad, ze swoją szaroburością i wszystkimi odcieniami czerni wygląda wprost wspaniale w nocy. Każdy krok był dla mnie naprawdę zachwytem i początkiem euforii.


Z chłopcami postanowiliśmy iść do wegebaru. Znalazłam adres, polecany przez wszystkich, jednak okazało się, że nie ma tam już knajpki. Na szczęście, spotkaliśmy jednego gościa wyprowadzającego psa (na spacer po betonie), którego siostra jest wegetarianką. Poszliśmy z nim do domofonu, poznaliśmy adres JOY i... przemiły pan nas tam zaprowadził :)
knajpka fajna, po 8 dniach bez żadnego pseudo-nabiału bardzo cieszyłam się na samą myśl o tofu.


Po obfitym posiłku natknęliśmy się na plac zabaw i wskoczyliśmy do kosmojajek. Zabawa jak sto czortów.


Ponieważ każdy przewodnik po Belgradzie wspomina Skardarliję, ulicę szumnie nazywaną "serbskim Montmartrem", skorzystaliśmy z tego, że byliśmy obok i postawiliśmy nasze dumne kroki na tym stumetrowym odcinku sztuki. Cóż. Nic wspaniałego.


Natknęłam się na ten oto pocieszny graf i przy okazji chciałabym wspomnieć kilka słów o serbskim języku. A więc: serbski język jest (jak widać na obrazku) bardzo podobny do polskiego. Dużo da się zrozumieć, szczególnie czytając. No, poza tylko tym, że "pravo" to polskie "prosto" :)


Noc spędziliśmy w klubie, na prawdziwej imprezie, z prawdziwym (podobno nawet bardzo znanym świecie) djem. Było fajnie, co mnie zdziwiło.

i tyle. Belgrad się na teraz skończył. Dużo mi dała ta podróż, szczególnie jeśli chodzi o nowe znajomości i nowe doświadczenia. Nowe spojrzenia na stare sprawy. Nie czuję się odosobniona, będąc z powrotem w domu, jak to się zdarzyło po powrocie z Izraela czy Litwy. To prawdopodobnie dlatego, że wiem, że z ważnymi dla mnie ludźmi jeszcze si spotkam - i to niedługo! - a sama Serbia nie podobała mi się aż tak bardzo, żeby chcieć tam być. Rzeczywistość tam to coś całkiem innego niż ta tutaj i - mając taki punkt odniesienia - jestem szczęśliwa, że jestem w domu.

Następna podróż za 8 dni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz