czwartek, 7 kwietnia 2011

Belgrad, obóz uchodźców

Dzisiejszymi bohaterami posta będą:

Chłopiec, którego imienia nie pamiętam, lat 4...


...i Helena, lat (niecałych) 2.


W ramach praktycznej strony seminarium odwiedziliśmy tak zwany obóz uchodźców. Jasne, kiedy słyszymy tę nazwę w naszych głowach pojawiają się obrazy wojny, namiotów, kolejek brudnych dzieci stojących po zupę i tak dalej. Prawda jest taka, że obozy w krajach europejskich wyglądają nieco inaczej - są to albo jakieś szare, cementowe budynki, z którymi nie wiadomo, co zrobić albo zespół kilku domów. To, co ich łączy to porażająca bieda, nieszczęście i ilość osób upchanych w mikropokojach. W Polsce mamy takich placówek około 20 i niejednokrotnie na jedną rodzinę (także tą ośmioosobową) przypada jeden pokój. W ośrodku, który dzisiaj odwiedziliśmy mieszka dwanaście rodzin. Składał się z 4 budynków, a każdy budynek z 4 pokoi, kuchni i łazienki.


Mieszkańcami ośrodka są uchodźcy z Kosowa. Niektórzy z nich są podwójnymi lub potrójnymi uchodźcami: kiedy wybuchła wojna w Kosowie, uciekli do np. Finlandii, a kiedy tam zmieniły się przepisy prawne, byli deportowani z powrotem do Serbii, jednak nadal pozostając uchodźcami - do Kosowa z przyczyn ekonomicznych czy psychologiczno-społecznych wracać nie mieli po co.


Życie w ośrodku to wszechogarniająca bezsilność. Ci ludzie, nie ze swojej winy, naprawdę nie mają z czego żyć, a pieniądze, które otrzymują są tak śmieszne, że nawet nie warto o nich wspominać (no, ale wspomnę; w Polsce uchodźca dostaje wyżywienie+zakwaterowanie + 9 zł na miesiąc na "wydatki własne"). Jasne, są osoby, które zarzucają im nieróbstwo, przecież mogliby iść do pracy. To, niestety, nie jest takie proste:
-> proces zdobycia statusu uchodźcy i dzięki temu prawa do pracy jest skomplikowany; początkowo trzeba złożyć podanie, a następnie (po wypełnieniu szeregu różnych biurokratycznych tabel i pism) czekać pół roku; te pół roku jednak zazwyczaj przedłuża się do roku, półtora roku; w tym czasie uchodźcy nie mają prawa pracować ani podróżować; nie mają też prawa oddalać się od ośrodka na więcej niż (ileś, 20 chyba) kilometrów;
-> uchodźcy najczęściej nie znają języka kraju, w którym się znajdują, a w momencie, gdy jesteś świadkiem wojny naprawdę nie jest Twoim priorytetem uczyć się języka obcego;
-> będąc uchodźcą, ciężko jest zdobyć pracę; nikt nie chce zatrudniać tych ludzi, od razu na starcie ich dyskredytując;

przy okazji, ciekawostka:
-> w Polsce dzieci uchodźców mają obowiązek uczęszczania do szkoły mimo nieznajomości języka; gmina ma obowiązek zorganizować takim dzieciom kurs w liczbie dwóch godzin języka tygodniowo (jak szybko uczymy się języka, jeśli mamy go tylko dwie godziny...?);


Dzieciństwo w ośrodku wygląda fatalnie. Nie ma niczego. Na zdjęciu - plac zabaw....


... z widokiem na ściek. Smród.


Próba posadzenia marchewki, cebuli i innych warzyw.


Obrzydliwe, obdarte ściany, za którymi gnieżdżą się ludzie, którzy widzieli śmierć swoich najbliższych. Nie chodzi mi tu o to, żeby poruszyć serca i grać na uczuciach. Chodzi tylko o to, że nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, jak przekichane życie mają osoby, którym przypadło żyć w czasie wojny. Te osoby jeszcze 20 lat temu miały normalną pracę, normalne domy i normalne rodziny. Teraz są trzymane w jakichś prowizorycznych chałupach, a ludzie omijają ich wzrokiem.

Zostaliśmy zaproszeni do środka. Matka Heleny opowiadała o tym, kim była przed wojną, co działo się w jej trakcie i jak to się stało, że została uchodźcą. Opowiadała o życiu w ośrodku i tym, co ją boli. Płakała momentami, choć próbowała być twarda i wybuchała co jakiś czas nerwowym śmiechem. Mówiła, że możliwe, że ich przeniosą niedługo do innego ośrodka, a może nawet dostaną swoje własne mieszkanie, bo zmieniły się jakieś przepisy unijne i już nie można trzymać ludzi jak szczurów.
... a Helena stała przez cały ten czas tak jak na zdjęciu, zupełnie bez emocji. Chociaż ona nie doświadczyła wojny osobiście, myślę, że doświadcza ją każdego dnia. Trauma jest w tym domu obecna, wdychasz ją z powietrzem, wypełnia Cię całego, rozwala na kawałki.
Matka Heleny: "Nie wrócę do Kosowa, nie mogę, (zaczyna płakać), nie umiem, nie chcę, żeby Helena doświadczała mojej traumy..."


video

Pod koniec pobytu w ośrodku daliśmy każdemu dziecku prezenty złożone z drobiazgów i słodyczy przywiezionych z naszych krajów. Jezu, jak ten chłopiec cieszył się z baniek mydlanych...! Podejrzewam, że wiele dzieci tak właśnie reaguje, tyle że różnica jest taka, że dzieci w Polsce mogą sobie pozwolić na rzucenie baniek w kąt po 40 minutach, a ten chłopiec pewnie będzie je trzymał bardzo długo pod poduszką.

z ośrodka wyszłam bezsilna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz