czwartek, 24 lutego 2011

See you, Sena!

Ponieważ jakaś część mnie nadal jest w Tel Avivie, tej wegetującej w Zielonej Górze jest szczególnie ciężko przetrwać obecną pogodę. Moja filozofia mówi, że jak marznie nos, marzną i emocje. No ale...

... radosny pan akordeonista wyczarował uśmiech na mojej twarzy, dzięki czemu skorupka lodu na niej rozpękła się na kawałeczki.

Ale do rzeczy. Sena właśnie wróciła z Rzymu, a jutro leci do Turcji. Nie turystycznie, niestety.
Jako że wszystkie ważne wydarzenia wiążą się u mnie z żarciem, postanowiłam przygotować Senie śniadanie.
W skrócie: Włochy świetne, Polska świetna, Izrael wspaniały (to moja część historii, nie Seny), a kanapki z roztopioną mozarellą, pieczarkami, oliwkami i smażonymi pomidorami dodawały tylko smaku i pikanterii wszystkim zawijaskom w wyżej wymienionych wątkach.

Cóż, to nie jest "żegnaj", ale "do widzenia". Okazuje się, że zdecydowana większość najdroższych mi osób nie zawiera się w grupie tych, których widzę codziennie. Co więcej, nawet jeśli mieszkają w tym samym mieście i wspólny mamy uniwersytet, częściej komunikuję się z nimi poza tymi kontekstami.

[a special translation for Sena: "see you" instead of "good bye" :D]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz