czwartek, 10 lutego 2011

Martwe Morze Martwe...

... a przynajmniej dla mnie.
Widzicie, od kiedy tylko przeczytałam program mojego pobytu w Izraelu, bardzo byłam podekscytowana trzema rzeczami: Izraelem w ogóle, żarciem i wycieczką nad Morze Martwe. Izrael doświadczam już od 3 dni, żarcia typowo izraelskiego niestety niezbyt, a wycieczka miała być dzisiaj. "Miała", bo zamiast być na niej, siedzę w knajpie i piszę bloga. Sprawa głupia, trywialna, po prostu nie doszło do mnie, że wyjazd jest pół godziny wcześniej, więc kiedy przyszłam na miejsce spotkania, niestety nikogo nie było. Tak strasznie się zdenerwowałam, rozczarowałam i w ogóle osłabiłam, że polazłam napisać notkę ze wczoraj do Olive, knajpki, w której korzystam z internetu, swoją drogą bardzo polecam :)

Knajpka jest mała i bardzo rodzinna. Już po pierwszym dniu znałam chyba wszystkich jej bywalców i obsługę i dużo chwil spędziłam na gadaniu z nimi. Musicie wiedzieć, że Izraelczycy, których spotykam ja są naprawdę przemili i grzeczni, zwykle bardzo inteligentni (wnioskuję po niezwykłych puentach), co czyni ich doskonałymi kompanami. Na zdjęciu jest Dotan, z którym chyba rozumiem się najlepiej i który, wraz ze swoim szefem po części, jest sponsorem mojego przedobrego humoru dzisiaj.

Otóż kiedy tam dziś wpadłam, cała rozzłoszczona, Dotan i jego szef zapytali, jak tam z żarciem, czy lubię izraelską kuchnię. Powiedziałam, że tak, ale nie za bardzo jeszcze próbowałam. Kiedy okazało się, że jestem tutaj czwarty dzień, a w sumie spróbowałam niewiele, szef dał mi do spróbowania zupę Adashyn. Zupę robi się tak samo jak humus, tyle że nieco więcej wody. Humus z kolei robi się tak jak falafele, tyle że bez smażenia :) no, przynajmniej z tego, co szef kuchni mi objaśnił. Zupa pycha.

No, ale kiedy tam siedziałam, stukałam w klawiaturę, moi znajomi nie mogli przeżyć jakoś tego, że nie spróbowałam jeszcze izraelskiego humusu (bo humus, moi drodzy, nie jest wcale z żadnych Libanów, tylko Izraela), zaczęli dyskutować zawzięcie i po chwili Moti, kolega pana szefa, powiedział, że skoro jestem czwarty dzień, powinnam spróbować przynajmniej 4 potraw. No, to pojechaliśmy.


Po drodze mijaliśmy Żyda, pracującego w jakimś magazynie. No nie wiem, czy tylko na mnie tak ubrany pan magazynier robi wrażenie?

Moti jest biznesmenem, handluje nieruchomościami i pracuje w ubezpieczeniach. Ma trzy telefony i co chwilę z kimś gada. Kiedy go zapytałam, czy nie jest mordercą, powiedział, że nie ma na to czasu, bo nie da się nikogo zamordować, mając obie ręce zajęte telefonami. No, w każdym razie, w pewnym momencie powierzył mi auto, idąc zapłacić za wycieczkę do Chin (już za 6 dni leci). Włączył muzykę, o, tą:



Pierwszy przystanek - pita z falafelem, sałatką i humusem.
No, kochani, to, co dotąd nazywałam humusem, humusem nie było. I okazuje się, że falafele wcale nie są w zamierzeniu twarde.


Na drugim przystanku już trochę pogadaliśmy, bo Moti zostawił telefony w aucie. Jest dość ciekawym gościem, 35 lat, gra w siatkówkę w jakiejś drużynie reprezentującej Tel Aviv, kocha trance i indie, mówi trochę po angielsku, a pochodzenia jest libijskiego. Z ciekawostek, Moti powiedział, że miasto się nie nazywa Tel Aviv, tylko Tel Aviv Yafo, a więc jest to połączenie Jaffy i Tel Avivu (nawiązując do absurdu sprzed kilku postów).


... a tego wszystkiego dowiedziałam się przy shawarmie (czyli to większe) kubie (czyli ta mała kulka z mięchem, leżąca na shawarmie). Shawarma to taki trochę kebab, tyle że z kurczaka i inaczej przyprawiony. Fajnie, ale nie powala. Kuba też nie powaliła. Przy okazji, Dotan teraz napomknął, że kuba wcale nie jest izraelska, a irańska.
[informacja dla tych, którym powyższy akapit jakoś nie współgra z moim wegetarianizmem; więc, wytłumaczenie: nie jestem wegetarianką, po prostu nie jadam mięcha zwykle, jednak ciekawość czasem bierze górę; mięsa nie jem, bo nie lubię, nie ma w tym żadnych ideologii]


Na koniec wypiliśmy bardzo popularny napój, którego smak jest niepodobny do niczego.

... na wszelki wypadek umieszczam skład, gdyby ktoś był zainteresowany... :)

na dzisiaj to chyba tyle, bo już nie będę siedzieć i pisać. Przede mną jeszcze co najmniej 2 ciekawe spotkania, potem pakowanie i siuch, na lotnisko.

toda raba [dziękuję bardzo]
shalom!

3 komentarze:

  1. To jak jest wg Ciebie z tym izraelskim jedzeniem? Na plus czy nie bardzo? U mnie słabo- jestem niezadowolona :)
    I liczyłam tu bardzo na zdjęcia w błocie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja kocham to żarcie, zarówno kiedy mi moi znajomi przygotowywali, jak i te knajpowe. Mrau mrau mrau :)

    w błocie? Co Ty, tu nie ma piasku, same ulice i chodniki :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak u mnie będzie post o Morzu Martwym, to będziesz wiedziała o co mi chodzi z błotkiem :)

    OdpowiedzUsuń