czwartek, 10 lutego 2011

Jeruzalem


Ten dzień zaczęliśmy nieco pochmurnie, od wizyty w muzeum Yad Vashim. Jest to muzeum poświęcone holokaustowi, bardzo rozsądnie zaprojektowane. Oprócz tego, jak ogromne wrażenie na mnie zrobiło, warto wspomnieć, że muzeum zbiera dane osób, które kiedyś przebywały w obozach lub które zginęły z rąk nazistów, stawiając sobie za cel przywrócenie czci tym statystycznym 6 milionom Żydów. Na zdjęciu brama, bo na terenie muzeum zdjęć robić nie wolno. Co ciekawe - wstęp darmowy, jak wszędzie w Jerozolimie (mówię o tych kluczowych miejscach, związanych z Biblią)


Po lewej nasza pani przewodnik, o ogromnej wiedzy, tempie opowiadania 10000 słów/sekundę, idealnym angielskim i niezwykłej emocjonalności. Obok, panie z USA. Ta najbardziej na prawo, Laura, naprawdę podbiła moje serce. Ma 48 lat, jest właścicielką biura podróży w San Francisco, skończyła psychologię, kocha reggae i jest speakerką w nielegalnym radio reggae :) Kiedyś, chcąc sobie poukładać głowę, po prostu pojechała do Europy, wstąpiła do organizacji skupiającej fanów reggae i przez 3 miesiące nocowała w różnych miejscach, u różnych ludzi. No, bo nasza rozmowa zaczęła się od tej o CouchSurfingu :)


To, co wiele nowo-poznawanych osób mi tu powtarza to to, jak wygląda przeciętny schemat "kariery" nastolatków. Myślę, że potrzeba wytłumaczenia jest po prostu odpowiedzią lub prewencją przed pytającym wzrokiem zagranicznych rozmówców, kiedy temat schodzi na wiek i studia. Otóż, zaraz po szkole średniej, wszyscy - bez względu na płeć, religię itd. - idą do wojska. Dziewczyny na 2 lata, faceci na 3. Po wojsku jedzie się zwykle na rok *gdzieś*, odreagować. Najczęstsze destynacje to po prostu inna część Izraela (kwestie finansowe), ale też Australia, Nowa Zelandia czy Południowa Ameryka. Czasem ten rok skraca się do kilku miesięcy, a czasem trwa i kilka lat. Izraelczycy nie za bardzo się tym przejmują, czas to w państwie o tradycjach sprzed tysiąca/trzech lat pojęcie o znaczeniu całkiem innym niż u nas. No bo w sumie - 365 dni w tą czy w tą, co za różnica?

Jerozolima, widok z Góry Oliwnej.


a
... bo chodzi o to, że tylu ludzi mówi, że w Jerozolimie każdy kamień to osobna historia. Nie lubię takiego cliche, bawi i żenuje mnie, jednak będąc tam, sama to odczułam. Po prostu nagle czułam się tak fantastycznie metafizycznie...
[przy okazji: z 15 osób, które tu poznałam, 7 zajmuje się sprawami metafizycznymi, najczęściej w zestawie joga-leczenie-(jakaś)terapia; jest też dużo tancerzy, artystów, życie duchowe kwitnie!]

Jednym z punktó bardzo napiętego programu wycieczki był pałac Dawida. Tu, akurat, Dawid we własnej osobie, jednak bez nosa.


... trochę zielonego miksu ziół...


... i bajgel...
[podobno bajgle nie smakują nigdzie tak, jak w Jerozolimie]


...i tak oto, spożywając tą małą przekąskę razem, wedle tradycji, staliśmy się "towarzyszami do końca życia".



Po prostu obrazki z Jerozolimy.


Nie wiem, ale relacja pomiędzy nimi, którą dało się wyczuć, tylko na nich patrząc, bardzo mnie urzekła. Myślę, że są to osoby znające się już niejeden dzień, które nie muszą mówić, żeby rozmawiać. Obserwując takie sceny, zawsze czuję się nieco pokrzepiona.


Pora obiadowa...


... i tak oto dostałam bajgla z oliwkowym serem koszernym i różnymi warzywkami.


Coca-Cola po hebrajsku.
[przy okazji: "na zdrowie" to "lehaim!", czyli "za życie!"]


Żyd po prawej stronie nie robi na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia, ale ponieważ wszyscy mu robili zdjęcia ("wow! a ginger-haired Jew!"), też se pstryknęłam jedno.


Nie jestem osobą szczególnie przywiązaną do żadnej z religii, dlatego z dużym zdziwieniem doświadczyłam widoku ludzi płaczących przy ścianie płaczu. Szczerze mówiąc, czułam swego rodzaju zazdrość, jakby mi czegoś brakowało. No, tak czy inaczej - legenda (i wszyscy turyści) mówi, że, jeśli zapisze się swoje marzenia na kartce i wetknie w ścianę, na pewno się spełnią. Cóż, to teraz już tylko czekam :)


Męska strona, oddzielona drewnianym płotkiem, była znacznie bardziej "radykalna" i głośniejsza. Bycie za ogrodzeniem było jedną z tych sytuacji, kiedy żałuję, że nie jestem innej płci - w jednym miejscu Żydzi modlący się, w innym tańczący, w innym śpiewający...


To, co w innych dużych miastach mi dość przeszkadza to to, że tradycja często gryzie się z nowoczesnością. Tu, w Izraelu sprawy mają się kompletnie inaczej. Zarówno ludzie, jak i architektura to przewspaniały mix wszystkiego, co tylko możemy sobie wymyślić.

Rynek, którego znaczna część położona jest dokładnie na kolejnych stacjach drogi krzyżowej. Naprawdę mnie zdziwiło, kiedy historyczne miejsce którejś z biblijnyh sytuacji mieściło się pomiędzy boksem z ciuchami, a rybami.


Stare miasto Jeruzalem jest podzielone na pięć dzielniczek, m.in. żydowską, armeńską, muzłumańską. Jest to miejsce naprawdę multikulturowe, gdzie dialog międzyreligijny przebiega bez żadnych problemów.


Urzekła mnie koszulka z żółtą buźką.


Ponieważ mamy w grupie takich dwóch Francuzów, którzy kupują wszystko, do czego się ich zachęca, miałam okazję spróbować "truskawek z ogródka" jakiegoś starszego pana. Fajnie, zima, a ja wciągam świeże, niemodyfikowane truskawy :)


... słabostka.


Fryzjer w jednym z "boxów". Kiedy spojrzałam przez okno, wyglądało to tak, jakby pan fryzjer (w kącie) dokonywał właśnie jakichś sadystycznych czynów na tym w zielonej koszuli.


Polska wycieczka w kościele na Golgocie. W odróżnieniu od innych, Polacy po prostu stoją pod ścianami i się modlą - było tam kilka wycieczek z naszego kraju, które własnie po tym można rozpoznać. Nie jestem osobą religijną, więc może to, co zauważyłam to tylko zbieg okoliczności :)

Ponieważ zostało nam w kieszeniach trochę monet (a nawet nie wiedzieliśmy, ile dokładnie mamy), z polskim kolegą, Tomkiem, postanowiliśmy zrobić zrzutę (haha) na jakąś pysznostkę, której zapach nas wołał z daleka.
[btw. tu spotkałam przemiłą dziewczynę, którą poznałam w samolocie; ciekawy zbieg okoliczności, a do tego wyobraźcie sobie miny wszystkich moich znajomych tam, kiedy ta blondynka zawołała moje imię - yglądało, jakbym była szalenie popularna!]


... a efekt wyglądał tak :) smak ciekawy, konsystencja glutowata, tak 8,5/10. Ale swoje zadanie wykonał perfekcyjnie, zimno być przestało.


Jedną z izraelskich ciekawostek obiadu (który był bardzo wyśmienity, jednak dość nieizraelski) była sałatka oparta na miksie sałat, granacie i balsamico. Do zapamiętania: warto spróbować.


Dzień zakończyłam pysznym ciastem, którego nazwy nie pamiętam (orzechy, miód, czekolada, twardy biszkopt) i bezą wypełnioną ciepłym (!) budyniem waniliowym... Smacznego.

1 komentarz:

  1. Och, jak cudownie... poznaje wszystkie miejsca :)
    I mały błąd, bo muzeum to Yad Vashem.
    To odreagowanie po wojsku trochę mnie dziwi, bo wydaje mi się, że nie ma po czym, skoro np. dziewczyny które znam twierdzą, że one w wojsku właściwie nic nie robiły i siedziały w biurze, a na weekend (czasami też w tygodniu) mogły sobie jeździć po domu. Po zdjęciach na facebooku też widać, że raczej rygoru strasznego nie mają...
    To jest dla nich zwyczajna praca.
    Chociaż fajnie jest zrobić sobie taki rok przerwy na podróże, szczególnie, że często robią trip po całej Ameryce Południowej (zazdroszczę!).
    Te koszulki też mnie trochę dziwią, bo wydaje się, że Żydzi mają taki dystans do siebie, kiedy w rzeczywistości zazwyczaj tak nie jest.

    OdpowiedzUsuń