poniedziałek, 27 grudnia 2010



Jadąc w drugi dzień świąt autobusem do Zielonej Góry bazgrałam po szybie przypadkowe rysunki, a w środku mnie wybuchały bomby i bombki. Niby święta, a jednak spokoju jak na lekarstwo (ażeby!).


W swej życiowej karierze osiągnęłam już ten poziom zaawansowania, że - by z kimś porozmawiać o sprawach osobistych - należy się spotykać na gruncie osobistym jak najmniej. Z Dawidem spotkaliśmy się w pseudo-zagłębiu (depresji?) intelektualnym, Jazzgocie. Naprawdę lubię to miejsce, czuję się nieco bardziej dorosła i zamożna, siedząc tam, wśród ludzi, którzy na "badania okresowe" z racji wieku chadzać powinni co 3 miesiące i słuchając w tle lekkiego jazzu czy popu.

Z Dawidem znam się na tyle długo, że ani moja ani jego mamy nie zadają sobie już trudu próbowania nas zeswatać. Znamy się na tyle, że kiedy się spotkaliśmy, właściwie prawie nie gadaliśmy, tylko sobie razem czekaliśmy na swoje własne cosie.


W końcu zdecydowaliśmy ruszyć się z depresji intelektualnej i przejść się tym jakże malowniczym świątecznym miastem. Muszę przyznać, że wcale tak źle nie było, tylko głowa mi w międzyczasie pulsowała od tych wszystkich "a jeśli", "a co", "a może". Lanre, mój kolega z pracy (prywatnie Nigeryjczyk), mówi, że może nie wiodę życia hulaszczego, ale i tak umrę od tych gdybań szybciej niż niejeden alkoholik. Lanrego to ja słucham z przyjemnością.

To, co w końcu wymyśliłam, jakoś w głowie przypomniało mi Jordiego, gorącego Hiszpana. Jordi mówi, że język hiszpański to muzyka i jeśli coś brzmi źle to możliwości są trzy. Pierwsza - zły akcent. Druga - zła odmiana. A jeśli nadal nie - to po prostu złe słowo. I znów myślę, jakkolwiek dziwne skojarzenie by to nie było, że język hiszpański to trochę jak życie i jeśli coś nie gra, to zwykle albo kładę nacisk na sprawy głupie albo na siłę staram się te sprawy do siebie przystosować albo... Czepiam się tego, co jest w tym momencie najmniej właściwe . Tak więc, bez żalu w sercu, za to z pewną lekkością ducha, postanowiłam nie komplikować sobie życia zbyt zaawansowaną gramatyką i odpuścić co niektóre zabawy. Może muszę jeszcze poznać trochę zasad, nim się za nie zabiorę... :)


I powiem Wam wszystkim, że nigdy nie podobały mi się te niebieskie, fluorescencyjne i niezdrowe choinki, którymi co roku dodaje się uroku Zielonej Górze (bo ponoć kicz jest uroczy, prawda?).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz