poniedziałek, 30 sierpnia 2010

The Polish voyage, part I



Kiedyś lubiłam góry, bawiło mnie zdobywanie pieczątek i przemierzanie kolejnych kilometrów, by poczuć się świetną. Po jakimś czasie mi to minęło, zmieniło się w okropną niechęć – to chyba zmęczenie materiału po prostu. Potem problem z kolanami i w efekcie góry to tak, ale na zdjęciach.


Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby w naszą wyprawę z Adamkiem wpisać Bieszczady. Właściwie – wiem. Powody są dwa.


Pierwszy – Adam w Bieszczadach jeszcze nie był, a przecież warto jednak zobaczyć połoniny. Drugi to bardziej osobista sprawa. Ostatnio podjęłam decyzję pozbycia się tych wszystkich głupich barier, które mnie ograniczają, które nie pozwalają mi się cieszyć okazjami, jakie życie mi daje, a więc – koniec ze strachami, fobiami i sztucznymi ograniczami na zasadzie „nie bo nie”. Postanowiłam jeszcze raz sprawdzić wszystko, czego nie lubię, żeby dowiedzieć się, czy mi przypadkiem nie przeszło. Był już las i robactwo, był czosnek i inne małe sprawki, teraz góry. Z tym jednak nie tak łatwo.


Kondycję mam słabą i choćbym nawet nie chciała, w momencie paniki przeraźliwie marudzę. No a panika pojawia się zawsze, gdy widzę, że nie umiem podołać jakiemuś zadaniu. Nie chciałam ograniczać moich znajomych – miłośników gór – ciągłymi postojami i z moim wyczynem czekałam na odpowiedni moment.


I nagle pojawił się Adaś, który do zapaleńców górskich nie należy, nigdy nawet po górach się nie wspinał i do tego jest osobą bardzo bliską memu sercu również dzięki anielskiej cierpliwości, jaką posiada.


Droga na szczyt była drogą przez mękę, szczególnie dla Adasia. Widoki piękne, ale zatrzymywaliśmy się przy, przed i po każdym (nawet krótkim) odcinku pionowym, których w górach jest sporo. W pewnym momencie panika spowodowana brakiem kondycji i perspektyw na lepsze jutro wzięła górę i bliska płaczu zdecydowałam, że jednak nie idę, że wracam do Wetliny. No, ale już 3 godziny później siedzieliśmy na samej górze góry, na Połoninie Wetlińskiej i śpiewałam sobie w głowie„Carpe diem”, będąc pewną, że kocham życie. W planie pierwotnym mieliśmy spać w schronisku, jednak bardzo niemiła baba powiedziała, że miejsc nie ma i… cóż, musieliśmy wracać jeszcze tego samego dnia.

video

Teraz siedzimy nad Wetlinką, moczymy nogi przy „Praise you” i gadamy o wszystkim i o niczym. To dziwne, że Adam pojawił się w moim życiu właśnie wtedy, kiedy takiego przyjaciela potrzebowałam. Może to zbyt „och” i „ach”, ale każda chwila z nim, bez względu czy jesteśmy zmęczeni czy niewyspani czy marudni i nieznośni, jest fajna. Szczególnie te, kiedy siedzimy razem i dumamy osobno, a i tak wiadomo, co w głowach.

video

Zaraz do Soliny, choć zmrok i zimno, myślę, że coś ciekawego nas tam spotka.
==========================================
więcej zdjęć tutaj

2 komentarze:

  1. no coooooo Ty! czosnek?! :) i jak poszło? a mojego to nigdy nie chciałaś spróbować ;>

    OdpowiedzUsuń
  2. ach, widzisz, okazało się, że czosnek wcale nie wypala gardła i że się od niego nie umiera. Nie jestem co prawda takim hardcorem jak ty, bo spróbowałam go w potrawie. Nie było źźle, było nawet dobrze, ale i tak uważam, że jeść sam czosnek - to już zboczenie :)

    OdpowiedzUsuń