czwartek, 17 czerwca 2010

135 Nida i powrót

My, trójka niestrudzonych podróżników o różnych paszportach, wstaliśmy wcześnie rano i postanowiliśmy podbić Nidę, miasteczko znajdujące się na litewskim cypelku (odpowiednik Helu :P). Cały cypelek, nazywany przez laików Mierzeją Kurońską, jest wpisany na listę UNESCO.


Cóż, Nida to po prostu miasteczko rybackie. Widoki piękne, mało ludzi, za to dużo statków i smażonych ryb. Klimat nie jest łajbowy, ludzie sa przyjaźni, a woda, choć zimna, zachęcająca. Widoki różnią się bardzo mocno od tych wileńskich - w Nidzie czujesz, że masz swoją przestrzeń.




Na kilku trawnikach można spotkać stada milczących owieczek.


Jak wiecie, uwielbiam zdjęcia okien i drzwi. Nida to miejsce dla mnie, zdecydowanie! Mieszkańcy miasteczka naprawdę dbają o jego estetykę, a i folklor temu sprzyja.


Po wdrapaniu się na wielką górę...



... wypiłam swój ostatni kawiarniany trunek. Padło na kako - bo gorącej czekolady nie mieli. Bez rewelacji, bez tragedii.

Pożegnanie z Adamkiem smutne, rzewne, ale dał mi na drogę paczkę misiów HARIBO, więc możecie sobie wyobrazić, że smutek po Adamku nie trwał długo;)


A na miejscu Sandra, Zuzana i Eunji już na mnie czekały. Spędziłyśmy tę noc razem, starając się nie myśleć, że tratatata-koniec.


Plac katedralny o 4.22. Od początku erasmusa miałam cichą nadzieję, że uda mi się wstać o 4, żeby zrobić zdjęcie słońcu, które dopiero leniwie otwiera oczy. Nie udało się. Znalazłam więc inny sposób - po prostu nie poszłam spać :)

I kiedy w końcu wróciłyśmy do akademika, czekał na mnie kawałek kakaowego ciasta, które dziewuchy dla mnie upiekły. Ech, będzie mi tego brakowało...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz