środa, 16 czerwca 2010

134 Klaipeda


Dzień zaczął się od pożegnania - z Danielem. Cóż, to strasznie trudne powiedzieć "żegnaj", kiedy by się chciało raczej powiedzieć "do zobaczenia". No, ale miejmy nadzieję, że tym razem to raczej "do zobaczenia" było.


Nasza wycieczka się rozpoczęła i już po 4 godzinach (które oczywiście przespałam) byliśmy w Klaipedzie. W końcu udało mi się odwiedzić to miasteczko, hurra!






No właśnie - po całej Klaipedzie porozmieszczane są małe przyjemnostki - akcenty, które sprawiają, że nie sposób jest nie lubić tego miasta. Każda z tych rzeczy ma Ci przynieść szczęście, więc - wyobraźcie sobie tylko, jak mieszkańcy Klaipedy muszą być szczęśliwi :)


(...)bear :)


Przydrożny sklepik z owocami.


Pierwsze skojarzenie, jakie większość osób ma z nazwą miasteczka jest właśnie morze. Od początku mojego erasmusa wyobrażałam sobie siebie leżącą latem na plaży i wysmażającą wszystkie brudy tego semestru. Cóż, pogoda mnie rozczarowała trochę.


W kraju, który słynie z koszykówki nawet kosze są "stylizowane".



Litewskie dzieciaki.


Woda zimna (6*C), jedyna odważna, by przełamywać fale.


...zima...


... ale przynajmniej moje stopy dotknęły piasku ;) uświadomiłam sobie, jak dawno temu nie byłam nad Bałtykiem - kiedyś jeździłam tam co roku, teraz raczej nieczęstym jestem gościem.


Wieczorem chcieliśmy zjeść kolację na laży i prawie nam się udało. Pogoda była paskudna, zimno i wietrznie, więc kolacja zamieniła się w przekąskę - usiedliśmy, szybko wciągnęliśmy to, co mieliśmy i uciekliśmy. Tchórze:)

Dzień zakończyliśmy na samej górze Klaipedy, w Skybarze. Widok fajny - mgła dookoła, widać tylko smugi po światłach samochodów.

1 komentarz: