czwartek, 10 czerwca 2010

128 siedząc z Sandrą Ronde...


... smęcę o tym, że pożegnałam pierwszego Erasmusa, do którego byłam przywiązana. To śmieszne, jak to wszystko mija, jak bańka pęka, jak nie wiadomo, co powiedzieć, skoro wiesz, że pewnie już tej osoby nie zobaczysz i że kontakt się pewnie utrzyma, ale przez 3 miesiące czy pół roku. I oczy się dziwne łzawe robią i usta puchną i nos.
smuteczki.
i po tych wszystkich chwilach i zdaniach teraz została tylko koszulka, duży, styropianowy anioł z czerwonym sercem i jakieś 600 megabajtów nieudanych zdjęć, na których kontekstów, niestety, uwiecznić się nie udało.

mam nadzieję, że moja rozwichrzona pamięć mnie nie zawiedzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz