środa, 9 czerwca 2010

125-127 Stockholm (III)


Widzicie, Sztokholm jest takim miejscem, w którym każdy się chyba czuje dobrze. Nie tylko dlatego, że ludzie dookoła są tacy mili i że wszystkie domki i ulice wyglądają schludnie. Mimo tego, że Szwecja to kraj ludzi praktycznych (Ikea!), Szwedzi naprawdę dbają o małe pięknostki i wielką sztukę.



Większość skrzynek na listy jest w jakiś sposób pomalowana. TU - atak armii małych Buk...


... a tu mroczny renifer:)


Również stacje metra sztokholmskiego wyglądają naprawdę ciekawie - ściany pokryte są albo kolorowymi mozaikami, obrazami (w ramach!) albo plakatami, które dają odpocząć oczom od tego całego komercjalnego chłamu.


Nie wiem, czy byłaby to duża przesada, gdybym powiedziała, że każdy skwer/zakręt/plac ma w Sztokholmie swoją rzeźbę, choćby małą. Mimo tego, że nie ruszają mnie kamienne posągi, taka ich ilość (i jakość!) naprawdę bardzo umilała krajobraz.


To jednak, co naprawdę mnie poruszyło, to wizyta w Fotografiska Museet - Muzeum Fotografii. Wybraliśmy się tam dla [CENZURA], jednak również dwie pozostałe wystawy bardzo mi się podobały.


Pierwsza - wystawa ultramakrofotografii Lennarta Nilsona. Zdjęcia przedstawiały proces powstawania życia, kolejne miesiące i etapy kształtowania się płodu, a z płodu - dziecka. Oprócz faktu, że Nilson sfotografował to, co wcześniej było uznawane za niefotografowalne (lata 60te), zdjęcia są naprawdę piękne i artystyczne. Hurra.


Kolejna wystawa to - jak widzicie - kostiumowe portrety Vee Speers. Zdjęcia przedstawiały dzieci przebrane za dorosłych - odzwierciedlenie ich marzeń i strachów związanych z byciem dorosłym. Część zdjęć poruszająca (ale wymaga kontemplacji), część po prostu ładna. Daje do myślenia.



Ale jednak, gwiazdą wieczoru pozostała Annie Leibovitz, w której zakochana jestem już od dłuższego czasu. Wystawa została naprawdę dobrze zaprojektowana, a zaprezentowane zdjęcia to nie tylko te, które znamy z gazet - zdjęcia gwiazd, krajobrazy czy te z Sarajewa, ale również zdjęcia rodzinne, przedstawiające ukochaną Annie, Susan, czy jej rodzinę. Co najciekawsze, to właśnie te zdjęcia były najbardziej poruszające - przynajmniej dla mnie.


Wystawę odebrałam bardzo emocjonalnie i muszę przyznać, że spowodowała ona u mnie gradobicie różnych myśli, których efekty odczuję dopiero po jakimś czasie. Myślę, że Annie będzie dla mnie wyznacznikiem osobowości, ale też fotografki - która podąża swoją drogą, wyznacza swoje cele i swój styl.

2 komentarze:

  1. Myślałam, że tylko w Brukseli byliście, a widzę, że porządny eurotrip się odbył :)
    Można jeszcze gdzieś zobaczyć Twoje zdjęcia?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ach, to były dwa miasta w cztery dni:)
    moje zdjęcia
    www.picasaweb.google.com/sylwiuszek
    i
    www.picasaweb.google.com/sylvius.vilnius

    ... ale porządek ze zdjęciami (a więc i dodanie nowych) dopiero po powrocie do Polski - 10 dni, teraz nie mam czasu ;)

    OdpowiedzUsuń