wtorek, 8 czerwca 2010

124-125 Bruxelles (2)


Pałac sprawiedliwości...


... na który udało nam się wdrapać i - mimo pewnych niedogodności - zobaczyć Brukselę z góry. Z tej perspektywy nie jest tak piękna, niestety.


video

Przechodząc przez park, usłyszeliśmy dziwną muzykę. Przepraszam za szum w tle - stałam obok małej fontanny, nie wzięłam jej pod uwagę przy nagrywaniu.
Tak czy inaczej - instrument nazywa się HANG i pochodzi ze Szwajcarii. Jest tylko jedna wytwórnia hang na świecie. Gra się na nim bardo prosto - wystarczy uderzać opuszkami palców w losowe miejsca, by uzyskać muzykę. Właściciel instrumentu powiedział, że trzeba się po prostu zrelaksować i grać to, co słyszysz w środku - mnie, niestety, nie udało się skomponować żadnej melodii.


Knajpka, która nazywała się tak, jak piosenka, dzięki której pokochałam język francuski. To dziwne, ale za każdym razem, gdy jej słucham lub gdy o niej myślę, ogarniają mnie dziwne uczucia, doznaję czegoś wzniosłego - chęci zmiany całego świata i siebie samej. Szkoda, że trwa tylko 2:25 minuty.




Schludne, uporządkowane budyneczki Brukseli to naprawdę raj dla oczu. Wszystko takie czyste, symetryczne - mniam!



Przyszedł czas obiadu. Adamek, w nadziei, że potem trafimy na jakąś budkę z belgijskimi frytkami, zamówił kanapkę. Niestety, pech chciał, że to, na co oboje czekaliśmy - pommes frites - jakoś w szukaniu drogi od sikającego psa na lotnisko się rozmyło.


Moje naleśniki (nie, crepes!) z lodami waniliowymi i sosem czekoladowym...


Danie Daniela, po któej stwierdziłam, że czas nauczyć się piec tarty.


No właśnie - przechadzając się ulicami Brukseli, nie czułam się przytłoczona przepychem czy bogactwem ludzi mnie otaczających. Ale też - te wszystkie Harleye, dobre samochody, czyste okna, czy witryny sklepowe z pięknymi rzeczami ale bez cen - to jednak powodowało, że czułam się nieswojo.



Ciekawostki.

Ponieważ chcieliśmy (no dobra, ja chciałam) zaoszczędzić na noclegu, postanowiliśmy spędzić noc na lotnisku. Szczerze mówiąc, myślałam, że 9 godzin to niedługo i że szybko minie - okazało się jednak, że pomysł był głupi i do bani, a rano byliśmy bardziej nierześcy niż zombie.


Piknik na lotniskowym trawniku i bycie szczęśliwą, mając obok siebie fajnych gości i pyszne jedzenie.


Jeden z najdziwniejszych zachodów słońca, jakie widziałam. Niebo wyglądało jak perłowy płyn do kąpieli w czarnej, przezroczystej misie, podświetlonej nieenergooszczędną żółtą żarówką. Tak czy inaczej - miałam wrażenie, że (jakkolwiek to nie zabrzmi) nie tylko my, Ziemianie, mamy to niebo na wyłączność.


Przyjaciel z Nigerii - doktor, który przyjechał tu na konferencję farmaceutyczną. To zabawne, że kiedy powiedzieliśmy mu, że fakt, że ludzie w Brukseli mówią po francusku, bo jest to jeden z ich oficjalnych języków, zapytał, czy Belgia jest kolonią Francji. Oczywiście, siedząc przy dwóch studentach politologii (z których jeden jest, na dodatek, Francuzem), byłam naprawdę zdziwiona tym pytaniem. Dopiero po chwili pomyślałam, że:

- nikt nie jest zobowiązany do jakiejkolwiek wiedzy o świecie, szczególnie, jeśli ten świat go nie dotyczy (ile my wiemy o Nigerii?);
- kolonializm, choć jest dla nas czymś odległym, w krajach Afryki jest nadal pamiętany - choćby poprzez fakt, że to właśnie korona brytyjska jest nadal głową państwa w Nigerii;
- w pytaniu nie było nic zaskakującego - było ono wręcz boleśnie logiczne: skoro jakiś kraj może mieć kolonie za morzem (i te kolonie przyjmują jego język), to dlaczego nie miałby mieć ich całkiem niedaleko?

Tak czy inaczej - ja, studentka o niepewnej przyszłości, która nie ma pojęcia o polityce - poczułam pewną wyższość nad doktorem z Nigerii tylko dlatego, że nie wiedział, jaki ustrój panuje w Brukseli. Teraz się tego wstydzę.


Lotnisko Charleroi (czyt: szahlehła :P) to prawdziwa noclegownia dla turystów o ograniczonym budżecie. Ponieważ obsługuje ono tylko tanie linie lotnicze (Ryanair i WizzAir), szefostwo nie dba aż tak o to, kto i w jaki sposób spędza swój czas wolny tam. Ochroniarze nie przeganiają śpiących na karimatach turystów, a lotnisko jest ogrzewane. Tak naprawdę, wydaje mi się, że - będąc dość ważnym węzłem komunikacyjnym - lotnisko sprzyja propagowaniu tanich podróży.

... i wschód, jeden z tych pięknych, ale jednak niecieszących oka - marząc o śnie, nie jestem w stanie podziwiać piękna natury.
Na szczęście - już po 3 godzinach byłam w samolocie, mogąc rozkoszować się dwiema godzinami snu:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz