niedziela, 9 maja 2010

97 gay pride

Jak już kilka razy wspominałam, Litwini są narodem bardzo konserwatywnym i tradycyjnym, nie lubią zmian ani niczego, co jest związane z "nowym stylem życia". Wczoraj, w sobotę, wzięłam udział w pewnym zdarzeniu, które było dla mnie ogromnym doświadczeniem - nie chodzi tu o show czy chęć bycia jazzy, ja naprawdę doświadczyłam tego, jak ciężko być mniejszościową grupą społeczną. Mimo wszystko, należą się Wam słowa wstępu.

PRZEDE WSZYSTKIM musicie wiedzieć, że Litwa NAPRAWDĘ jest krajem nacjonalistycznym. Musicie wiedzieć, że litewski kurort Klaipeda to największe siedlisko skin-headów w całej Europie. Musicie też wiedzieć, że dwa lata temu jeden Erasmus został postrzelony, a w tym semestrze mój Brazylijski kolega skopany za ciemniejszy kolor skóry.

Musicie też wiedzieć, że Litwa jest jedynym (a na pewno jednym z niewielu!) krajem Europy, w którym homofobia jest legalna. "Legalna" - to nie znaczy "nie zabroniona" w tym wypadku. "Legalna", czyli unormowana prawnie. Tak, niedawno weszła w życie ustawa zabraniająca ukazywania homoseksualizmu w pozytywnym świetle - w mediach czy szkołach.

Co więcej, na oficjalnej stronie parlamentu znajduje się podstrona dotycząca tej ustawy z listą nazwisk parlamentarzystów i spisanymi ich poglądami na ten temat - że to choroba, że wynaturzenie, że problem, że to PEDOFILE i nosiciele HIV.

I teraz wyobraźcie sobie, że w kraju takim jak Litwa chciano zorganizować pierwszą w historii paradę równości. Wyobraźcie sobie, ile to trudu kosztowało (żeby pozyskać środki - bo przecież nie z rządu - czy żeby zdobyć rozgłos - bo nie przez media) i ile odwagi wymagało, żeby podjąć te ryzyko. Oczywiście, władze miasta próbowały uniemożliwić odbycie się demonstracji, tłumacząc, że nie ma wystarczająco dużej ilości policji, że złe miejsce, że zły czas, więc do piątku, do godziny 11, nie było wiadomo, czy manifestacja się odbędzie. W końcu jednak się udało.

Musicie wiedzieć, że to pierwsza parada w Europie, na którą trzeba było się rejestrować - ze względu na bezpieczeństwo. Uczestnicy parady (a więc i ja) przybyli godzinę przed wydarzeniem we wskazane miejsce i zawieziono nas autobusami na miejsce. Dla bezpieczeństwa.


To my - Sandra, Ilaria, Sylvia, Nico na bucie Sandry, już na miejscu parady. No ale - ja nie poszłam tam dla towarzystwa (choć przyszłam z Adamem i jego kolegą) ani dla manifestacji samej w sobie. Jak wiecie, nie kręcą mnie takie rzeczy, ja się zwykle nie angażuję. Ja nie zabieram zdania w tematach spornych (typu "czy homoseksualizm jest zły czy dobry" lub "czy aborcja jest zła czy dobra"). Tym razem jednak to było coś więcej. To już nawet nie chodzi o moich przyjaciół, którzy na co dzień walczą z homofobią, o jakieś specjalne uczucia do nich. Tu chodzi o to, że nie jestem w stanie się zgadzać na taką nienawiść, czuję, że nie mogę pozwolić na to, by ludzie, którzy czują i kochają, nie krzywdząc tym nikogo, nie mogli być szczęśliwymi z powodu stereotypów, z powodu nagonki. Tu chodzi o wolność jednostki. Wiem, że jestem teraz zbyt ideologiczna, ale naprawdę - wierzę w to.



Ponieważ Litwini znają swoich rodaków, miasto zapewniło nam 800 policjantów ochrony. Prócz tych zwykłych, stojących, znaleźli się też tacy na koniach...



... w helikopterach...

... czy segwayach.
Wszystkie środki bezpieczeństwa zostały zapewnione, mimo tego i tak w pewnym momencie po prostu się zaczęłam bać.


Wielką niespodzianką było pojawienie się pana po lewej. Jest to jedyny gej-parlamentarzysta (który ujawnił się PO wyborach) i pochodzi z chadecji. Mimo że tematy walki o prawa lgbt są na pewno mu bliskie, był przeciwny paradzie. Twierdził, że to nie jest sposób na osiągnięcie dialogu, porozumienia. Miałam to szczęście stać obok niego, kiedy rozmawiał z francuskim aktywistą, słuchając ich rozmowy. Mimo że w telewizji, podając powody, dla których się pojawił, mówił o prawach człowieka i innych wzniosłych hasłach, w rozmowie powiedział, że rano po prostu poczuł, że nieważna jego kariera - że tu chodzi o coś więcej, o coś *później*. To, jak bardzo był normalny - kurtka jeansowa z szarym kapturem, jeansy, adidasy - zaskoczyło mnie. Do tego jego zwykła rozmowa, życzliwa, o osobistych problemach i o tym, że wie, że już na następną kadencję nie zostanie wybrany - to było bardzo ludzkie.




Uczestników było 500-600 i jestem pewna, że nie wszyscy (a pewni i spora część) nie byli homoseksualni. Ta parada była inna od tych w Amsterdamie czy Berlinie. Tu nie było żadnych całujących się par, nie było afirmacji rewolucji seksualnej, nie było obelżywych obrazów, których nie każdy chce oglądać. To naprawdę była parada równości, nie parada gejowska.


I właśnie - w pewnym momencie zobaczyłam ludzi idących mostem, niosących flagi ze swastykami (prawie, bo swastyka, jak wiecie, jest zabroniona), ubranych na czarno. Zdałam sobie sprawę, że jeśli ktoś jest tak zapalczywy w swojej nienawiści, że jest w stanie wstać rano, żeby przyjść na jakąś paradę - to pewnie też jest bezkompromisowy w działaniu. Zdałam sobie sprawę, że ci, co niosą flagi to często najmniejsza część całej grupy i - aż mi się zimno zrobiło.


My byliśmy ustawieni po drugiej stronie rzeki, otoczeni szczelnie policją. Leciała u nas wesoła muzyka i machaliśmy flagami. To, co najgorszego się działo - to chyba po drugiej stronie. Ludzie z krzyżami, modlący się na głos, próbujący nas nawrócić; skini, którzy napluli w twarz dziewczynie trzymającej flagę z pacyfką (którą potem spalili); radykałowie, którzy przepłynęli pontonem rzekę, żeby wykrzyczeć manifestującym, jak bardzo się ich brzydzą. Męskie głosy układające się w słowa "wstyd! wstyd! wstyd"...



I w pewnym momencie widzisz policję konną zrywającą się do galopu i zimno i ciepło na przemian się robi i boisz się spojrzeć w prawo...


... a tam dym - ktoś użył bomby dymnej, ktoś zaczął strzelać, policja użyła gazu łzawiącego i obezwładniła typa. To było 500 metrów ode mnie, ale jednak porusza. Chodzi o tą nienawiść, chodzi o to, że nie jestem w stanie pojąć, jak można nienawidzić kogoś tak mocno za coś, co nas nie dotyczy właściwie....


A potem przemówienia ważnych ludzi w garniturach, my siedzimy na trawie, słuchamy, piękne słonko. Wypuszczamy balony w powietrze (czy ktoś może sprawdzić, jak daleko takei balony dolatują?), jest pięknie i bardzo wzruszająco. I wtedy myślę, że to dobrze, że tu jestem, że dobrze, że ja też się liczę do tych 500-600 osób. Czuję, że robię coś wartościowego.


I po chwili na teren manifestacji wskakuje ten gość, naczelny radykał Litwy, poseł. Wskakuje i zaczyna się wydzierać, powala jednego policjanta i uderza go ("Mam immunitet, nic z tym nie zrobicie"), wstaje i rzuca się na szefa ruchu gejowskiego na Litwie. Więcej zdjęć z akcji:
http://www.alfa.lt/straipsnis/10356367/?Grazulio.ir.pareigunu.grumtyniu.akimirkos=2010-05-08_21-27

Najgorsze jednak jest to, że ten "polityk" domagał się otworzenia bramek - parada miała się skończyć o 15.30, a już była 15.45. Otworzenie bramek, żeby "nawiązać dialog pomiędzy radykałami, a gejami". I teraz, pytanie - kim musisz być, żeby żądać wpuszczenia na teren demonstracji skin-headów, wiedząc, że siła argumentu nie jest ich sposobem na rozwiązywanie konfliktów...?


A to Vytautas, szef ruchu gejowskiego. To niesamowite, ten człowiek jest kimś normalnym - jak ja czy ty, z normalnymi problemami i emocjami. Bardzo dobrze wykształcony, piękny język angielski, łądny garnitur. I wyobraźcie sobie, jak strasznie ciężko jest być Vytautasem na Litwie, osobą, której twarz się kojarzy, a to nie do końca dla Ciebie dobrze - bo kojarzą ją także Twoi wrogowie, których na Litwie jest dość sporo.
I taki cudowny akcent - w momencie, kiedy czekałam w kolejce do autobusu, w drodze z powrotem, Vytautas mnie pośpieszył, ale zobaczył, że duży tłum i powiedział "dobrze, dobrze" i - przytulił mnie! To było tak strasznie ludzkie, tak przyziemne, duże zaskoczenie, ale jednak pozytywne. On strasznie był zestresowany tym, że policja zaraz otworzy te bramki, że zaraz przylecą skini i - widocznie chciał wszystko jak najszybciej.


Muszę przyznać, że całe wydarzenie wzbudziło we mnie ogromne emocje. Nigdy w niczym takim nie uczestniczyłam (dotąd się tylko przyglądałam raz, w Amsterdamie) i może to właśnie dlatego. Nico, niemiecki kolega, mówi, że gdybym mieszkała w Berlinie, przywykłabym - w zeszłym miesiącu odbyło się tam 60 zarejestrowanych manifestacji. Ale też - to, co mnie poruszyło to nie był tłum czy walka o coś. To była ta nienawiść dookoła. Bo widzicie - wiem, że źli ludzie istnieją, słyszę o nich i ich dokonaniach, ale do momentu, kiedy nie wkroczą w moją rzeczywistość - nie zaprzątają mi głowy. Wczoraj spotkałam się z ludźmi, którzy nie myślą, którzy są po protu maszynami, bezmózgami i - nie cieszy mnie to. Smuci raczej.

Mimo wszystko jednak - cieszę się, że to zrobiłam. Cieszę się, że tam byłam, bo wiem, że to była jednak z tych rzeczy, które powinnam była zrobić. Rzadko kiedy poddaję się takiemu ideologicznemu podejściu do życia, ale - to naprawdę ważne, to bycie wolnym we własnym kraju.

2 komentarze:

  1. Ja też nie rozumiem, jak ludzie mogą aż tak nienawidzić za to, że jest się gejem lub ma się inny kolor skóry. A ci ludzie są tacy sami! Wydaje się, że skoro jesteśmy w XXI wieku, rasizmu lub homofobii powinno nie być, a jednak niektórzy nie potrafią wyzbyć się uprzedzeń.

    Michasia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Although I don't understand much (read: nothing) of what you wrote down, it is very interesting to find a picture of my shoe back on your blog :) It was great to march with you!

    x the girl with the yellow shoes

    OdpowiedzUsuń