sobota, 8 maja 2010

96 pomyłki

Cały dzień był nie-taki. Wcześnie zajęcia, ale zajęć brak, wiec po co wstawałam... zgubiona karta płatnicza, ale jest w pokoju, a jednak moja współlokatorka jej nie widziała, więc po co wracałam do akademika... szybko-szybko do ambasady, ale Zuzana zapomniała kupić ubezpieczenia, więc trzeba czekać, w ambasadzie zaczyna się przerwa obiadowa, więc trzeba znów czekać, więc po co się śpieszyłam...


... ale jednak, po 3 godzinach siedzenia w ambasadzie, my - trzy niewzruszone poszukiwaczki przygód - dostałyśmy naklejki do paszportów. Zwykle proces ten wymaga pojawienia się przy okienku dwa razy - w odstępie kilku dni - jednak ponieważ w okienku siedziała Polka, wizy dostałyśmy "od ręki". Dzięki tej genetycznej polskiej solidarności na obczyźnie dostałam również zniżkę i - zamiast 60e - moja wiza kosztowała 25e. W ten oto sposób my, łowczynie dobrych wspomnień, już za 6 dni wyjeżdżamy w miejsce, gdzie internet jest na kartki, a hostele nie istnieją.

Po całym zamieszaniu wróciłam na sekundę do akademika, żeby szybko coś wciągnąć i...


Pobiegłam na Bałtycki Festiwal Tańca Współczesnego, który trwa już od tygodnia. Z wielu pokazów wybrałam jeden, jak się okazało - nie najlepszy chyba.


Ilekroć idę Aleją Giedymina, główne wejście do teatru sprawia, że czuję się niepewnie.
Dzięki festiwalowi mogłam zbadać teatr nieco dokładniej - wnętrze jest również intrygujące i - co najważniejsze - dobrze zaprojektowane.
Szkoda tylko, że sama sztuka była nieudana. Mimo że kocham taniec współczesny, kocham te ruchy i wizje, przedstawienie mnie zmęczyło - i psychicznie i fizycznie. No, niestety.


W drodze powrotnej zaszłyśmy z Anniką i Helen na targ z okazji... z trzech okazji, właściwie. Pierwsza - Dni Wilna (a więc masa koncertów, spotkań kulturalnych); druga - Dzień Europy (a więc "zasmakuj różnych kultur"); trzecia - Weekend Kultury Europejskiej (podobnie do poprzedniego). To, co łączy wszystkie trzy okazje to targ z jedzeniem z każdego kraju Europy. Jak się domyślacie, gratka dla mnie:)


... po długim spacerze wzdłuż i wszerz targu, postanowiłam wybrać jeden z krajów, o którego kuchni pojęcia nie mam żadnego - Rumunia. Z dostępnych potraw wybrałam kurczaka w tradycyjnym sosie. Mimo że nie było to najbardziej niezwykłe doświadczenie kulinarne mojego życia, jestem pewna, że pozostanie w pamięci na długo długo.

... podobnie jak i danie Helen, które męczy ją już od 30 godzin, nie chcąc jej opuścić:)

Dziś z kolei brałam udział w pewnym zdarzeniu, które naprawdę mnei poruszyło. Mam bardzo dużo sprzecznych emocji w sobie, które muszą nieco jeszcze dojrzeć, by ujrzeć stronę bloga. Do zobaczenia - jutro :)

1 komentarz: