czwartek, 6 maja 2010

94 Spanish food

Jak pewnie pamiętacie, wczoraj byłam umówiona z hiszpańskimi młodzieńcami na obiad przygotowany przez nich. Ponieważ zaproszenia na obiad nikt nie odmówi...


... poszły ze mną Zuzana (Słowacja), Helen (Francja) i Eunji (Korea, moja współlokatorka). Dziewczyny zostały dobrane losowo - żadna z nich nie miała zbyt dużego kontaktu wcześniej z resztą, dzięki czemu mogłam być pewna, że albo będzie naprawdę interesująco albo nasz obiadek zamieni się w totalną klapę.


Chłopcy mieszkają w akademiku na Sauletekio 39. "Sauletekio" to po litewsku "wschód słońca" (czyli coś miłego, by się zdawało, jakaś obietnica dobrego dnia), co jednak w tym wypadku jest dość ironiczne. Akademiki na Sauletekio, a szczególnie ten jeden, znane są z obezwładniającego syfu i ogromnego hałasu. Co do pierwszego - współczuję, a co do drugiego - nie ma się co dziwić, skoro mieszkają tam głównie Hiszpanie i Francuzi :)


W swoim akademikowym pokoju nigdy nie będziesz czuć się samotnie - towarzystwo znajomych na ścianie na pewno dotrzyma Ci towarzystwa, a może i czasami przytuli czule.


Łazienka tak ciasna i brudna, że naprawdę niemożliwym jest wykonanie większych ruchów.


A oto Txema, nasz gospodarz. Studiuje zarządzanie i public relations, jednak prawdopodobnie nie ukończy studiów - w sierpniu wyjeżdża do Chin uczyć chińskie dzieci hiszpańskiego. To już drugi raz, kiedy będzie tam uczył, tym razem planuje zostać na stałe. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak dzieci sobie z nim radzą.


To Gonzales, studiuje dziennikarstwo. Pochodzi z Andaluzji, co mnie trochę - a może nawet trochę bardziej - cieszy, bo to dobrze mieć znajomych w pięknych miejscach:) Gonzales był odpowiedzialny za danie główne i ... muszę przyznać, że jest osobą dobrze wywiązującą się ze swoich obowiązków :)


I wreszcie Alvaro, który studiuje zarządzanie i jest strasznym wariatem. Także pochodzi z Andaluzji, ale jest takim świrem, że nie sądzę, bym chciała go odwiedzić :) on zajmował się przystawkami i gadaniem głupot - ale takich przyjemnych, nie irytujących:)


Ponieważ myślałam, że chłopcy po prostu ugotują ryż z warzywami (co się nazywa paella), byłam naprawdę zaskoczona, kiedy zobaczyłam dwa talerze przystawek i danie główne. Ilość pracy włożonej w ten obiad przerosła nasze oczekiwania. Na zdjęciu winogrona z rozpuszczonym rokforem. Proste w przygotowaniu, a smakuje nieziemsko (ale tylko po przestudzeniu!).


... pomidory z serkiem białym, przyprawami i oliwą...


... i danie główne - sałatka zwana w Hiszpanii "ruską". Składają się na nią tuńczyk, czarne oliwki, ziemniaki, jajka i całą masa majonezu.


Choć może nie wygląda ona jakoś specjalnie zachęcająco, wierzcie mi, że po pierwszym kęsie zaczęlibyście marzyć o kolejnych i kolejnych i kolejnych...


A to my wszyscy - prócz fotografki, Zuzany. W tej obskurnej kuchni spędziliśmy może z 3 czy 4 godziny, śmiejąc się z głupostek i zajadając przysmaki. Nie wiem, jak to się dzieje, ale w otoczeniu hiszpańskości czuję się naprawdę dobrze, nadzwyczajnie. Bo oni, choć mądrzy i inteligentni, są także bardzo przystępni i kochani, cały czas śmieją się i ruszają... no, po prostu - nie sposób ich nie kochać!

wieczór zaliczam do udanych, a nawet bardzo!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz