środa, 12 maja 2010

101 dalmatyńczyków

No bo też, ile się można uczyć?

Naprawdę zaczynam się stresować - za 5 dni pierwszy egzamin, a za 7 jeden z tych, których się boję najbardziej. W ciągu dwóch tygodni łącznie 12 - nie wszystkie takie straszne znowu, ale jednak - męczy i dręczy.

Do tego jeszcze do napisania dwie prace zaliczeniowe (6 i 10 stron)- pierwsza o problemach rodzinnych w Turcji (kto wymyśla te tematy?!) i druga, o wizerunku kobiety jako mścicielki w literaturze celtyckiej. Nie lubię niczego robić byle jak - i boję się, że mi się nie uda przyłożyć do wszystkiego tak, jakbym chciała.

A za dwa dni - wycieczka. Na razie nie powiem, gdzie - zawsze to dobrze mieć małą niespodziankę, prawda?


Na szczęście znad książek wyrwał mnie Adamek. Postanowiliśmy przygotować deser (budyń malinowy z rozpuszczoną czekoladą i kawałkami brzoskwiń) i pojechać na drugi koniec miasta odwiedzić przyjaciół Adama. Na szczęście - inaczej bym zwariowała. chyba?


Daniel, którego już znacie z poprzednich postów. Dla tych, którzy wiedzą, co to jest BLS - wyobraźcie sobie, że jego naturalny sposób prowadzenia rozmowy jest taki właśnie, a dla tych, którzy nie wiedzą, co ten skrót oznacza: przyjmijmy, że jest to po prostu bardzo życzliwa osoba.


French Marie - jak mi ją przedstawił Adamek. Nazywana tak dla odróżnienia od wszystkich innych nie-francuskich wersji tego imienia:) jest to przyjaciółka Adama jeszcze z czasów przed-erasmusowych, co oznacza, że musi być osobą niezwykłą. Co więcej - ona właśnie taka jest.


My im deser, oni nam kolację, na którą składał się makaron (przyjrzyjcie się, to są serduszka!!!!) z tuńczykiem i oliwkami. I jest pysznie!


... i ja się właśnie jak ten ślimak czuję - kroczek po kroczku, pocąc się przy każdym ruchu. I też nie mogę obrać najprostszej drogi. no, oby do czerwca!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz