poniedziałek, 31 maja 2010

118 z cyklu: "gotuj z Sandruchą"

Wczoraj, gdy zanurzona byłam w kolejnych wersach Koranu, do mojego pokoju przyszła Sandrucha. Wzięła aparat i poszła. Po chwili (dłuższej!) wróciła i zaprosiła mnie na obiadek. Spójrzcie, co jadłam...

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA

Kapustę czerwoną należy pokroić w paseczki...


... i następnie zapakować do garnka, niech się gotuje.


... Jabłko obrać i pokroić... niech czeka z rodzynkami na swoją kolej...


Kiedy kapusta jest już miękka (to znaczy: ugotowana), należy...


... wrzucić do niej jabłko i rodzynki i...


... zostawić na parę minut, niech się gotują...


... a kiedy już dość - należy odcedzić wodę i...

... całość posypać cynamonem i cukrem :)

Sandra do tego podała talarki ziemniaczane a keczupem :)

Wiem, że wydaje się to być czymś nie-z-tej-ziemi, ale spróbujcie - czerwona kapusta wreszcie smakuje dobrze!

=======================
a ja - za 3 godziny będę pisała egzamin z Proroka. Trzymajcie kciuki, bo tym razem to szczęścia mi potrzeba.

niedziela, 30 maja 2010

117 Prorok

MIŁEGO DNIA, LUDZIE!



... a ja się uczę o Proroku!


piątek, 28 maja 2010

116 masa krytyczna

Bo widzicie, moja koleżanka, Ola Górska, strasznie się w Zielonej Górze angażuje w ruch rowerowy, organizując różne przedsięwzięcia, działając w stowarzyszeniu, w ogóle - będąc aktywna. Tu nawet możecie jej posłuchać:

[KLIK]


Dlaczego to ważne? Bo dzisiaj w Zielonej Górze odbyła się Masa Krytyczna. Inicjatywa ciekawa, przydatna. Nie wiedziałam jednak, że i w Wilnie jest ona tak popularna.


Siedząc dzić na placu katedralnym i gadając z Adamem o głupotach życia, kiedy nagle...


... usłyszałam odgłos stada kół rowerowych i kiedy spojrzałam w prawo - to właśnie zobaczyłam.


Jeden rowerzysta opowiedział mi historię z zeszłorocznej "masy". Otóż przejazd rowerów nie był widocznie dobrze zabezpieczony i z jednej z ulic wylatujących na jego trasę wyjechało nagle rozpędzone auto i, wiadomo, spowodowało wypadek. Widok podobno straszny, 5 osób w szpitalu.

Tegoroczna "masa" przebiegła bez żadnych problemów, całość zakończyła się na placu katedralnym wzniesieniem przez rowerzystów rowerów do nieba:)

115 egzaminy

To chyba był najintensywniejszy dzień tej sesji. Jeśli chodzi o egzaminy - to tylko ustny z litewskiego, jednak cały dzień czekałam na jakieś wyniki. Muszę przyznać, że jestem z nich zadowolona. No ale:


Dzień rozpoczęłam w uroczym Cozy, który znacie już w porzednich wpisów. Tym razem spróbowałam nowej kawy z akcentem meksykańskim, a do niej...


... owsiankę:) O tyle, o ile kawa była wyśmienita, owsianka - niestety - bez smaku. A szkoda.

Po wynikach z litewskiego siedziałam na uniwersyteckiej ławce z Nagihan i Erenem (Turcja) i tak sobie ogólnie gadaliśmy o tym erasmusie. Uświadomiłam sobie, że już prawdopodobnie nic takiego mnie nie czeka w życiu i, niestety, nie była to myśl radosna. Przy okazji, anegdotka. Eren opowiedział mi, że pewnego razu grupa skinów zaczęła zaczepiać Khaleda (Jordeńczyk, wspominany wiele razy tu). Ponieważ sytuacja zaczęła się zagęszczać, Khaled po prostu zdjął kurtkę, zdjął torbę i zaczął gadać - niby się modlić - po arabsku :) wiadomo, nikt nie chce mieć kłopotów z ortodoksyjnym Muzułmaninem, więc skini zniknęli po sekundzie.


Wieczorem Seong Ik zaprosił mnie na koreański obiad. Ach, to takie zabawne, Koreańczycy potrafią ugotować COKOLWIEK z NICZEGO. Tylko się uczyć, co i też robię. Pycha.

Na obiadku obecna była też Jarneja ze Słowenii. Czy Wy w ogóle wiecie cokolwiek o tym państwie? Prawdopodobnie nie i teraz czujecie się zatroskani - nie martwcie się, Jarneja mówi, że prawie nikt tu nie wie nic. No ale, ciekawostka - liczba ludności Słowenii to 2 mln. Tyle, ile Warszawa. ha ha.

czekolada

... wreszcie mam aparat!
Co prawda wieczór, o którym tu napiszę miał miejsce trochę wcześniej, ale był tak przyjemny, że postanowiłam go opisać.

W sumie nic specjalnego. Zaczęło się od tego:


Pokrojone 2 tabliczki czekolady (dobrze zostawić cztery paski i zetrzeć je tarką - dla posypki), które...


... powolutku, kawałeczek po kawałeczku, wrzucałam do garnuszka z 1 litrem mleka i łyżeczką masła tak, by się rozpuściły całe. Kiedy wywar był gotowy, przelałam do kubeczków, w których były lody śmietankowe...


... na wierzch wrzuciłam bitą śmietanę, posypkę, cynamon i...


... we trójkę (Adam, Sandra, Sylwia) staliśmy w oknie z gorącą czekoladą w kubkach i obgadywaliśmy ludzi na dole :)

-> a zdjęcia z Mińska tutaj.

środa, 26 maja 2010

114 reminescencje

Nadal nie mam aparatu. To znaczy - nie mam karty, a bez niej aparat też nie działa. Pocieszający jest jednak fakt, że wiem, że Adam ma ją już w torbie i że na mój komputer trafi lada moment.

no ale nie o to chodzi dzisiaj.
chodzi o dzisiaj.

po raz pierwszy od czasu, gdy wyjechałam tęsknię za domem. to znaczy - tęsknię często, przy różnych okazjach, za różnymi elementami "tamtej" rzeczywistości: za mamą, Kami, Andrzejkiem, babuniostwem, przyjaciółmi, lumpami, moim skuterem (który już niestety został sprzedany ;( ), kawką rano i innymi takimi.

dziś po raz pierwszy się nie mogę odnaleźć tu. chcę iść do kina - nie ma akurat nic ciekawego z angielskimi napisami. pogoda nieprzyjemna, chętnie bym poszła z kimś gdzieś na gorącą czekoladę albo na wernisaż do BWA (w sumie żadna wielka sztuka, ale jednak rytuał) albo do Olki-Fasolki pomarudzić i obejrzeć odcinek serialu, którego nie oglądam. i to ciągłe czekanie na autobus numer 33 lub 30 (w desperacji nawet i 41) - teraz już nie jest irytujące, teraz to melancholia i nostalgia się za tym kryją.

no i chciałabym wrócić do mojego biurka z moimi nożyczkami i mazakami, móc sobie powycinać, poprzyklejać, siedzieć do późna w moim pokoju, z głośnikami, które są proporcjonalnie dobre do tego, ile kosztowały (ha!), móc się zaszyć, bez tych cholernych Mołdawek za ścianą.

i chodzi o to, że siedzę tu nad jakąś rzeką czy na górze i patrzę na *przyrodę* - rok temu było dokładnie to samo. też druga połowa maja, dziwne rzeczy się działy, też to poczucie wyzwolenia i harmonii i godziny przesiedziane na ławce przy palmiarni ze stygnącą kawką w ręku. też się nie chciało egzaminów i chciało się gdzieś pojechać.
... tak naprawdę, od roku chyba się nic nie zmieniło, a może po prostu wróciłam do punktu wyjścia.
trochę tylko mądrzejsza:)

==========================================
mamo.
sto lat:*

wtorek, 25 maja 2010

113 "final paper"

Koniec semestru, różne sposoby zaliczenia - w Polsce są to przede wszystkim testy, kartkówki, referaty i egzaminy. Prezentacje. Tutaj - najpopularniejszymi formami są: test, egzamin i... esej. Esej czyli praca na temat wybrany przez studenta, własne małe doświadczenie czy badanie opisane na 3-10 stron (w zależności od prowadzącego). kiedy o tym usłyszałam, miałam mieszane uczucia - po co tyle pisania, tyle czytania, lepiej się nauczyć na egzamin (w moim przypadku mniej czasu to by zajęło). a z drugiej strony - z taką formą zaliczenia możesz być pewien, że zaliczysz - no i masz możliwość wybrania z kursu tylko te zagadnienia, które Ciebie interesują.

W tym semestrze napisałam dwie takie prace: na mitologię celtycką i na islam. Tak się złożyło, że obie dotyczyły silnych kobiet - z Celtów pisałam o kobietach-mścicielkach, z Islamu - o sytuacji kobiet w Turcji i o kształtującym się tam ruchu feministycznym.

Po oddaniu obu "dzieł" wnioski jak poniżej:
- "final paper" jest najlepszą formą zaliczenia przedmiotu z nauk humanistycznych; przede wszystkim - jak inaczej ocenić "wiedzę" studenta na temat literatury? Pisząc o "wycinku" literatury XXwiecznej, musimy się odnieść do całości, ważna jest poglądowość pracy;
- jest to forma TWÓRCZA a nie ODTWÓRCZA - czyli nie kujesz i nie zapominasz po czasie, Ty coś TWORZYSZ;
- mając sprecyzowane zainteresowania naukowe lub sprecyzowane plany na przyszłość, możesz pisać prace z różnych przedmiotów na podobny temat, rozwijając swoją wiedzę przy pomocy różnych kontekstów;
- pisząc pracę, musisz rozumieć, co piszesz - w przeciwieństwie do egzaminu, gdzie wystarczy tylko niewyraźnie zapisać kilka haseł powiązanych ze sobą przyimkami, tłumacząc, że mało było czasu albo że stres;

... nie chodzi o to, że jestem fanką nauki (choć chyba jestem), chodzi o to, że nie widzę sensu w traceniu czasu na coś, co nigdy mi się nie przyda i co zapomnę po 2 dniach. Szczerze przyznam, że to, co wcześniej nie wydawało mi się specjalnie intrygujące - kobiety w Turcji - teraz naprawdę wydaje mi się warte spędzenia kilku dodatkowych godzin czytania o problemie. Jestem pewna, że nie byłoby tak, gdybym musiała się uczyć z książki na egzamin.

============================================
I wczoraj, w ramach robienia czegoś nowego każdego dnia, wywołana z tłumu, nieprzygotowana, gadałam o tej sytuacji kobiet przez 5 minut bez stresowania się wszystkimi oczami we mnie wpatrzonymi. Fajnie się złożyło, bo takie publiczne wystąpienie znalazło się na liście moich rzeczy do przeskoczenia.

Pierwsze sekundy były momentami zawahania, ale potem się już nie bałam i ten angielski z moich ust brzmiał też jakoś inaczej - kiedyś podbiję świat!
============================================

Co do Turczynek - wczoraj Oznar (Turczynka właśnie) i Khaled (Jordańczyk) mówili o tym, jak wyglądają małżeństwa w państwach muzłumańskich ze szczególnym nastawieniem na Turcję. I teraz, ciekawostka.

W Turcji są trzy sposoby na rozwód:
  1. sytuacja, gdy mąż chce chce się rozwieść - zazwyczaj dostaje rozwód od ręki w sadzie, jednak przed pójściem tam musi 3 razy powiedzieć żonie "talag" ("wynoś się!"), patrząc jej w twarz. Musi to być wykonane w odpowiednich odstępach czasu i rożnych miejscach. Kiedy to powie, Allah mu wybacza i mężczyzna idzie do sadu. Sędzia pyta kobietę, czy tak było i - jeśli ta potwierdzi - rozwód jest uznany za ważny. Problem w tym, że teraz Turczynki się wycwaniły i mówią, że nie było tak, że powiedział tylko dwa razy albo w złych odstępach czasu. Była nawet taka sławna sprawa, gdzie po takim zeznaniu żony mężczyzna ujawnił w sądzie 3 nagrania z nim mówiącym "talag" jako dowód. Kobieta zareagowała na to błyskawicznie: "no dobra, powiedziałeś to trzy razy, ale nie patrzyłeś mi w oczy":)
  2. sytuacja, gdy kobieta chce się rozwieść i składa pozew do sądu. W przypadku kobiet sytuacja, oczywiście, nie jest tak kolorowa - wszystko musi być dokładnie udokumentowane, a proces zabiera średnio 5 lat, podczas których kobieta prawdopodobnie nie ma gdzie mieszkać - bo z mężem nie może, bo splamiła jego honor;
  3. sytuacja, w której kobieta przekupuje męża (płaci mu sporą sumę), oboje ustalają wspólną wersję wydarzeń i dopiero wtedy mąż składa pozew i dostaje go od ręki :)
Są to trzy oficjalne (!) prawne (!!) sposoby rozwiązywania małżeństw w części krajów muzułmańskich - to znaczy w tych, w których kobieta ma prawo do życia.

=======================================================
a teraz biegnę na egzamin z litewskiego.

niedziela, 23 maja 2010

112 moje pierwsze w życiu...

... ciacho, które sama upiekłam!
-> wiem, że swoim wyglądem jest łudząco podobne do..., ale uwierzcie mi, że było PYSZNE!

Ponieważ wszyscy z akademika dziś wybyli, a ja zostałam uczyć się, stwierdziłam, że to bardzo dobry czas na spróbowanie swoich sił w walce z piekarnikiem. No bo - chodzi o to, że zazwyczaj to jakaś taka presja jest dookoła. Wszyscy się patrzą, pytają i chcą próbować, a ja przecież nie wiem, czy to będzie zjadliwe.

Dziś nikogo dookoła nie było kiedy zaczęłam, a kiedy ciasto dogorywało w piekarniku - zebrał się cały tłumek ciekawskich:)

... i muszę powiedzieć, że jestem z siebie dumna - po raz pierwszy upiekłam COŚ, bez niczyjej wiedzy i pomocy. Dodałam trochę za mało mąki i nie wystudziłam ciasta do końca, więc siętrochę rozwalało, ale - liczy się fakt, że przeskoczyłam swoje bariery.

hurra!
-----------------------------------------------------------

ponieważ to są już mojej ostatnie dni (tygodnie:P) na Litwie, postanowiłam każdego dnia zrobić coś, czego jeszcze nie robiłam. O tych mniej prywatnych rzeczach będę Was informowała:)

sobota, 22 maja 2010

111 zachwyt Sandrą Ronde


Dzisiejszą notkę chciałabym poświęcić Sandrze, z którą odwiedziłam Białoruś. Jest to dziewucha, którą poznałam drugiego dnia po przyjeździe tutaj, od razu przykuła moją uwagę swoją pozytywną energią, co wzmocniło się jeszcze bardziej, gdy dowiedziałam się, że jest z Holandii :D [special feelings for the Netherlands!] niestety, po chwili uznałam, że jest z jednej strony oziębłą i zdystansowaną w stosunku do ludzi Holenderką, a z drugiej - za dużo gada, zbyt się emocjonuje i wypełnia sobą całą dostępną przestrzeń, więc wielkiej miłości z tego nie będzie.


... tak się jednak złożyło, że razem wylądowałyśmy na końcu cywilizowanej Europy i, dzięki temu, miałyśmy okazję się lepiej poznać. Okazało się, że prócz gadatliwości mamy wiele wspólnych cech, co tylko sprzyjało atmosferze zacieśniania więzów.


Wiecie, że ja raczej dogaduję się lepiej z chłopakami - są mniej skomplikowani, nie szukają dziury w całym i raczej słuchają niż gadają (:P), jednak z każdym kolejnym krokiem u boku panny Ronde coraz bardziej ją lubiłam, a także - coraz bardziej zatapiałam się w jej osobowość.


Bo widzicie, Sandra jest osobą całkiem przystępną i normalną - łatwo się z nią gada i można pogadać o wszystkim. Ona nie stara się nikomu zaimponować, ale też nie jest sztucznie skromna - jest po prostu Sandrą. Przykład? Mimo faktu, że po angielsku mówi perfekcyjnie (po pierwsze: jest Holenderką, a tam wszyscy są dwujęzyczni; po drugie: studiuje na międzynarodowym uniwersytecie), nigdy-przenigdy nie używa w normalnej rozmowie słów skomplikowanych i ciężkich, więc gadając z nią nie masz wrażenia, że jesteś jakąś meduzą niezdolną do komunikowania się. ale też podczas wywiadu dla francuskiej telewizji (!) mówi już całkiem innym angielskim. Przy okazji, wywiad znalazłam, wpisując jej nazwisko w google!


Sandra jest zwariowana i wydaje się być pewna siebie. I jest, zazwyczaj. Czasem jednak ma chyba dość i kiedy nikogo nie ma dookoła, pozwala sobie na skulenie się, zwinięcie w kłębek i cichutkie smutki. Nie że depresyjność - po prostu każdy potrzebuje czasem nie być radosny. Ona ma różne smutki i kompleksy (jak każdy!), jednak nie zamęcza nikogo tym, nie wisi na nikim - także na sobie, nie rozczulając się nad sobą godzinami. To wygląda tak, jakby miała w grafiku czasem 15 minut dla cichych smutków i po tym - jest już ok, już wszystko dobrze.


... no ale też może jej podejście do życia wynika nie tylko z tego, że jest Holenderką (a więc naprawdę pragmatyczna), ale też z tego, że jest zaangażowana w różne kampanie społeczne. Widzicie, zapytałam ją, jakie ma plany na sierpień, bo chciałabym ją odwiedzić - musicie wiedzieć, że rodzice Sandry mnie zaprosili i wciąż pytają, kiedy przyjadę (jakie to miłe!). Sandra na to, że sierpień to niezbyt, bo wyjeżdża i ma masę przygotowań. Oczywiście, zaczęłam ciągnąć ją za język. Okazało się, że jakiś czas temu napisała ze znajomymi napisała na pewien konkurs projekt dożywiania dzieci w Ghanie i... projekt wygrał, znaleźli sponsora, ruszyła w Ghanie farma grzybów. I Sandra została zaproszona tam na pół miesiąca jako "gość specjalny". I mówi o tym tak, jakby to było coś zwykłego, jakby mówiła o śniadaniu.


Sandra to dziewczyna, która na pewno w życiu osiągnie dużo, która ma bardzo wzniosłe cele i realizuje je. Która mówi tyloma językami, robi tyle rzeczy, a jest przy tym tak normalna, tak zwyczajna. I jeszcze - piękne jest to, że ona naprawdę się nie krępuje być sobą. Czasem jest zagubiona, ale zawsze bardzo optymistycznie patrzy w przyszłość. Ona się nie boi, bo przecież nie ma czego.

... a poza tym - Sandra to osoba, która tańczy w półśnie:)

piątek, 21 maja 2010

110 perfect harmony

Ach, nie wyobrażacie sobie, jak piękne jest teraz Wilno!

Tuż przed moim wyjazdem babunia powiedziała, żebym się nie martwiła pogodą, bo tam to jest tak, że zimno-zimno, a kiedy wiosna to z dnia na dzień się robi upalnie. Niestety, to prawda. Ciepłe powietrze mnie oblepia, nie chce mi się chodzić po ulicach, nie chcę mieć nic wspólnego z tym słońcem okropnym. no ale też - o 16 czy później Wilno nabiera pięknych kolorów, światło odbija się od ścian budynków i te wszystkie czerwienie, róże i błękity mają jeszcze więcej w sobie koloru.

i jeszcze - gołąbki:) teraz to chyba ich MOMENT, zresztą, sami spójrzcie:



... jest 3 w nocy i muszę stwierdzić, że właśnie się pierwsze ptaki obudziły.

=================================
... erasmus dobiega końca, końca dobiega też semestr na uniwersytecie. ludzie trochę bardziej dla siebie mili, cieszę się nawet z widoku tych, których nie za bardzo lubię:) to trochę przypomina sytuację *sprzed*, kiedy żegnałam się z przyjaciółmi w Zielonej Górze.
=================================

Został mi jeszcze miesiąc. Postanowiłam nie przebimbać tego czasu i układam listę rzeczy "do zrobienia" w ciągu tych ostatnich iluś dni. hurra.

czwartek, 20 maja 2010

109 pierwszy...

... egzamin za mną - prościzna!:)
---------------------------------

zdjęcia nadal nie u mnie, aparat bez karty nie działa, więc póki co musicie się obyć bez...
---------------------------------

jak widzicie - zmania layoutu bloga, już byłam zmęczona poprzednią. prawdopodobnie to, co teraz widzicie to tylko etap przejściowy.

środa, 19 maja 2010

108 nadal nic

... dziś oddałam kartę mojego aparatu w ręce specjalisty i mam nadzieję, że niedługo już będzie sprawna i będą na niej z powrotem zdjęcia z Białorusi - trzymajmy kciuki!

w Wilnie wreszcie ładna pogoda. To znaczy - słonko. No, oczywiście, nie przesadzajmy - jest duszno i parno i idąc ulicą, czujesz, że powietrze się do Ciebie lepi. No i pada - co dwie czy trzy godziny przez piętnaście minut, mocny, dżdżysty deszcz, krople tak ciężkie, że pewnie będę cała posiniaczona niedługo ;) przez 15 minut - czyli za mało, żeby się szybko spakować i zebrać z trawnika, ale dokładnie tyle, żeby całkiem zmoknąć i przemoknąć. ale też - no nie wiem, to przyjemne, te krople uderzające w czoło i słonko nad Tobą.

Maj to miesiąc zakochiwania się i czuję, że czegoś mi brakuje. Nie, żebym chciała do kogoś przynależeć i znów wciąż się zastanawiać i głowić. Nie, żebym jakoś specjalnie tęskniła za tymi wszystkimi drobiazgiami, które powodują, że czujesz się jedyny-w-swoim-rodzaju - to też nie to. To po prostu MAJ, który do Wilna przybył dopiero teraz, a wraz z nim te wszystkie bączki, motylki, pączki i kwiatki. Ha ha:)

W naszym akademiku dzieją się dziwne rzeczy, odkrywam nowe tajemnice, romanse, a dziwne spojrzenia znajomych i niewypowiedziane słowa niedopowiedzianych zdań nagle zaczynają mieć sens. Wszystko dzieje się gdzieś indziej, w innej czasoprzestrzeni, a tutaj - to tylko cienie tego, co się dzieje naprawdę. Nagle zrozumiałam wiele sytuacji, w których uczestniczyłam, a na które nie zwracałam uwagi lub klasyfikowałam jako "dziwne". I nagle się wszystko wyjaśnia - dlaczego on wtedy powiedział to, a ona czemu taka speszona, czemu tamte spojrzenie i czemu ustępowanie miejsca. I czuję się jak Sherlock Holmes, któemu w głowie się wszystko ułożyło - hurra! :)

A teraz zaczęła mi się sesja i trwać będzie i będzie, a przede mną 12 egzaminów, więc pewnie rzadziej tutaj będę.

buziaki!

niedziela, 16 maja 2010

105 rozpacz

WSZYSTKIE zdjęcia przepadły.
jutro idę do lekarza od aparatu, zobaczymy, co da się zrobić.

---------------------------------
ale Białoruś - jedyna w swoim rodzaju. Niedługo dodam relację - kiedy zdjęcia wrócą i/lub cała podróż we mnie dojrzeje.

a na dzisiaj - dobranoc, bo mało spałam.

czwartek, 13 maja 2010

102 przygotowania

ponieważ ostatnich kilka dni spędziłam, ucząc się litewskiego, mogę opuścić jutrzejsze zajęcia i - zamiast o 12:30 - już o godzinie 6 będę na dworcu.

bilety kupione, ja spakowana, wszystko posprawdzane - mogę jechać.
okazało się jednak, że lepiej nie brać ze sobą laptopa - Mathias powiedział mi o mailu, który otrzymał od ambasady jakiś czas temu. W liście opisanych było kilka sytuacji, podczas których celnicy stwierdzili, że "laptopy zawierają niewłaściwe treści" i skonfiskowali je.

poza tym, tam internet to pewnie na kartki.

jestem podekscytowana i trochę zaniepokojona - ale to zawsze tak ze mną.
wiem, że będę bezpieczna, choć ludzie gadają...

no cóż - słowo się rzekło, kobyłka u płotu...
Za 5 godzin jadę na Białoruś.

W niedzielę lub poniedziałek odezwę się znów - oby! :)

środa, 12 maja 2010

101 dalmatyńczyków

No bo też, ile się można uczyć?

Naprawdę zaczynam się stresować - za 5 dni pierwszy egzamin, a za 7 jeden z tych, których się boję najbardziej. W ciągu dwóch tygodni łącznie 12 - nie wszystkie takie straszne znowu, ale jednak - męczy i dręczy.

Do tego jeszcze do napisania dwie prace zaliczeniowe (6 i 10 stron)- pierwsza o problemach rodzinnych w Turcji (kto wymyśla te tematy?!) i druga, o wizerunku kobiety jako mścicielki w literaturze celtyckiej. Nie lubię niczego robić byle jak - i boję się, że mi się nie uda przyłożyć do wszystkiego tak, jakbym chciała.

A za dwa dni - wycieczka. Na razie nie powiem, gdzie - zawsze to dobrze mieć małą niespodziankę, prawda?


Na szczęście znad książek wyrwał mnie Adamek. Postanowiliśmy przygotować deser (budyń malinowy z rozpuszczoną czekoladą i kawałkami brzoskwiń) i pojechać na drugi koniec miasta odwiedzić przyjaciół Adama. Na szczęście - inaczej bym zwariowała. chyba?


Daniel, którego już znacie z poprzednich postów. Dla tych, którzy wiedzą, co to jest BLS - wyobraźcie sobie, że jego naturalny sposób prowadzenia rozmowy jest taki właśnie, a dla tych, którzy nie wiedzą, co ten skrót oznacza: przyjmijmy, że jest to po prostu bardzo życzliwa osoba.


French Marie - jak mi ją przedstawił Adamek. Nazywana tak dla odróżnienia od wszystkich innych nie-francuskich wersji tego imienia:) jest to przyjaciółka Adama jeszcze z czasów przed-erasmusowych, co oznacza, że musi być osobą niezwykłą. Co więcej - ona właśnie taka jest.


My im deser, oni nam kolację, na którą składał się makaron (przyjrzyjcie się, to są serduszka!!!!) z tuńczykiem i oliwkami. I jest pysznie!


... i ja się właśnie jak ten ślimak czuję - kroczek po kroczku, pocąc się przy każdym ruchu. I też nie mogę obrać najprostszej drogi. no, oby do czerwca!

100

... moją studniówkę spędziłam, ucząc się litewskiego.

poniedziałek, 10 maja 2010

99 powroty

Hurra, hurra!
W końcu, po ponad 10 dniach, po moim tęsknieniu i wdzychaniu...


... mój radosny niemiecki kolega, Mathias, wrócił z ROSJI!!!!:) ze swoim pozytywnym nastawieniem, z radością życia i wszechogarniającym optymizmem (wszystkie te cechy da się łątwo zauważyć na zdjęciu) wrócił i postanowił wziąć mnie na spacer po Wilnie, bo stęsknił się za tym miasteczkiem.


No i właśnie - Wilno to absolutnie nie "capital city", to raczej "capital town", szczególnie kidy wraca się z obchodów Dnia Zwycięstwa w Moskwie, z Placu Czerwonego, szczelnie wypełnionego przez ludzi, czołgi, żołnierzy, konie... ale też - wyobraźcie sobie, co musiał czuć Mathias, będąc pewnie jednym z kilku tylko Niemców tam, wśród ludzi, którzy - co jak co ale - nie są największymi fanami narodu niemieckiego. I do tego - jedyne, co Mathias umie w pełni poprawnie powiedzieć po rosyjsku to oczywiście "nie mówię po rosyjsku", na dodatek z bardzo wyrazistym akcentem niemieckim.


Na koniec naszego spaceru wdrapaliśmy się na górę-punkt widokowy niedaleko mojego akademika, usiedliśmy i sobie gadaliśmy. I wiecie, przypomniały mi się te momenty z Zielonej Góry, sprzed roku, kiedy z kawką siedziałam na zielonej ławce przy palmiarni i patrzyłam, jak niebo umiera. Strasznie to fajne.
I piosenka, którą sobie ostatnio często śpiewam z Adamem, kiedy gdzieś idziemy.

98 żarcie

Dawno nie było o jedzeniu, a przecież wiecie, że jest to jedna z moich pasji - jedzenie, pochłanianie, próbowanie, wciąganie, wsuwanie.


Zacznijmy od koreańskiej przekąski. Eunji (moja współlokatorka!!) ma na półce 14 podwójnych opakowań "Calorie balance" - wygląda to trochę ko(s)micznie, jak zapasy na wypadek inwazji tubylców czy wojny interplanetarnej. Niemniej jednak Eunji (moja współlokatorka!!) pewnego azu dała mi do spróbowania ten przysmak...


Smak serowych herbatników, wyobraźcie sobie :) naprawdę smaczne i - co zadziwiające - sycące.


Kolejna sprawa - sutlac. Poprosiłam Nagiham, moją turecką koleżankę, żeby pomogła mi przygotować jakiś deser turecki - wczoraj był to ostatni dzień z moją nauczycielką, która niedługo urodzić ślicznego, tureckiego synka. Postanowiłam więc przygotować COŚ, co byłoby miłe i do jedzenia:)


Sutlac to - ku mojemu zaskoczeniu - po prostu ryż na mleku. Banalnie proste w przygotowaniu - należy ugotować ryż na kluchę, następnie odcedzić i jeszcze raz zagotować, tym razem dosypując cukru i mleka - wg uznania. Sutlac powinien być dość gęsty. Bardzo przyjemna sprawa, polecam :)


I trzecie odkrycie - chińska restauracja na Pylimo gatve. Oczywiście, jak większość chińskich restauracji tutaj knajpka wygląda dość kiczowato i obskurnie z zewnątrz. Poszliśmy tam z Adamem i jego przyjacielem-Niemcem, Danielem. Nie mieliśmy żadnych oczekiwań i do tego byliśmy głodni, więc restauracja już na starcie miała dość dużą przewagę nad nami.


Na szczęście, okazało się, że jest tak dobra jak tania. Za 10 zł można tu zjeść zestaw składający się z zupy, dania głównego, herbaty i chińskich słodyczy - a wszystko jest naprawdę błogosławieństwem dla podniebienia!

Ja zamówiłam kurczaka, którego opis brzmiał: "soczysty i delikatny, chrupiący na zewnątrz i miękki w środku - to jest to, za czym tęsknisz!" :) i faktycznie - wreszcie moja tęsknota się zmaterializowała, przybrała formę, którą mogłam zobaczyć i poczuć:)

niedziela, 9 maja 2010

97 gay pride

Jak już kilka razy wspominałam, Litwini są narodem bardzo konserwatywnym i tradycyjnym, nie lubią zmian ani niczego, co jest związane z "nowym stylem życia". Wczoraj, w sobotę, wzięłam udział w pewnym zdarzeniu, które było dla mnie ogromnym doświadczeniem - nie chodzi tu o show czy chęć bycia jazzy, ja naprawdę doświadczyłam tego, jak ciężko być mniejszościową grupą społeczną. Mimo wszystko, należą się Wam słowa wstępu.

PRZEDE WSZYSTKIM musicie wiedzieć, że Litwa NAPRAWDĘ jest krajem nacjonalistycznym. Musicie wiedzieć, że litewski kurort Klaipeda to największe siedlisko skin-headów w całej Europie. Musicie też wiedzieć, że dwa lata temu jeden Erasmus został postrzelony, a w tym semestrze mój Brazylijski kolega skopany za ciemniejszy kolor skóry.

Musicie też wiedzieć, że Litwa jest jedynym (a na pewno jednym z niewielu!) krajem Europy, w którym homofobia jest legalna. "Legalna" - to nie znaczy "nie zabroniona" w tym wypadku. "Legalna", czyli unormowana prawnie. Tak, niedawno weszła w życie ustawa zabraniająca ukazywania homoseksualizmu w pozytywnym świetle - w mediach czy szkołach.

Co więcej, na oficjalnej stronie parlamentu znajduje się podstrona dotycząca tej ustawy z listą nazwisk parlamentarzystów i spisanymi ich poglądami na ten temat - że to choroba, że wynaturzenie, że problem, że to PEDOFILE i nosiciele HIV.

I teraz wyobraźcie sobie, że w kraju takim jak Litwa chciano zorganizować pierwszą w historii paradę równości. Wyobraźcie sobie, ile to trudu kosztowało (żeby pozyskać środki - bo przecież nie z rządu - czy żeby zdobyć rozgłos - bo nie przez media) i ile odwagi wymagało, żeby podjąć te ryzyko. Oczywiście, władze miasta próbowały uniemożliwić odbycie się demonstracji, tłumacząc, że nie ma wystarczająco dużej ilości policji, że złe miejsce, że zły czas, więc do piątku, do godziny 11, nie było wiadomo, czy manifestacja się odbędzie. W końcu jednak się udało.

Musicie wiedzieć, że to pierwsza parada w Europie, na którą trzeba było się rejestrować - ze względu na bezpieczeństwo. Uczestnicy parady (a więc i ja) przybyli godzinę przed wydarzeniem we wskazane miejsce i zawieziono nas autobusami na miejsce. Dla bezpieczeństwa.


To my - Sandra, Ilaria, Sylvia, Nico na bucie Sandry, już na miejscu parady. No ale - ja nie poszłam tam dla towarzystwa (choć przyszłam z Adamem i jego kolegą) ani dla manifestacji samej w sobie. Jak wiecie, nie kręcą mnie takie rzeczy, ja się zwykle nie angażuję. Ja nie zabieram zdania w tematach spornych (typu "czy homoseksualizm jest zły czy dobry" lub "czy aborcja jest zła czy dobra"). Tym razem jednak to było coś więcej. To już nawet nie chodzi o moich przyjaciół, którzy na co dzień walczą z homofobią, o jakieś specjalne uczucia do nich. Tu chodzi o to, że nie jestem w stanie się zgadzać na taką nienawiść, czuję, że nie mogę pozwolić na to, by ludzie, którzy czują i kochają, nie krzywdząc tym nikogo, nie mogli być szczęśliwymi z powodu stereotypów, z powodu nagonki. Tu chodzi o wolność jednostki. Wiem, że jestem teraz zbyt ideologiczna, ale naprawdę - wierzę w to.



Ponieważ Litwini znają swoich rodaków, miasto zapewniło nam 800 policjantów ochrony. Prócz tych zwykłych, stojących, znaleźli się też tacy na koniach...



... w helikopterach...

... czy segwayach.
Wszystkie środki bezpieczeństwa zostały zapewnione, mimo tego i tak w pewnym momencie po prostu się zaczęłam bać.


Wielką niespodzianką było pojawienie się pana po lewej. Jest to jedyny gej-parlamentarzysta (który ujawnił się PO wyborach) i pochodzi z chadecji. Mimo że tematy walki o prawa lgbt są na pewno mu bliskie, był przeciwny paradzie. Twierdził, że to nie jest sposób na osiągnięcie dialogu, porozumienia. Miałam to szczęście stać obok niego, kiedy rozmawiał z francuskim aktywistą, słuchając ich rozmowy. Mimo że w telewizji, podając powody, dla których się pojawił, mówił o prawach człowieka i innych wzniosłych hasłach, w rozmowie powiedział, że rano po prostu poczuł, że nieważna jego kariera - że tu chodzi o coś więcej, o coś *później*. To, jak bardzo był normalny - kurtka jeansowa z szarym kapturem, jeansy, adidasy - zaskoczyło mnie. Do tego jego zwykła rozmowa, życzliwa, o osobistych problemach i o tym, że wie, że już na następną kadencję nie zostanie wybrany - to było bardzo ludzkie.




Uczestników było 500-600 i jestem pewna, że nie wszyscy (a pewni i spora część) nie byli homoseksualni. Ta parada była inna od tych w Amsterdamie czy Berlinie. Tu nie było żadnych całujących się par, nie było afirmacji rewolucji seksualnej, nie było obelżywych obrazów, których nie każdy chce oglądać. To naprawdę była parada równości, nie parada gejowska.


I właśnie - w pewnym momencie zobaczyłam ludzi idących mostem, niosących flagi ze swastykami (prawie, bo swastyka, jak wiecie, jest zabroniona), ubranych na czarno. Zdałam sobie sprawę, że jeśli ktoś jest tak zapalczywy w swojej nienawiści, że jest w stanie wstać rano, żeby przyjść na jakąś paradę - to pewnie też jest bezkompromisowy w działaniu. Zdałam sobie sprawę, że ci, co niosą flagi to często najmniejsza część całej grupy i - aż mi się zimno zrobiło.


My byliśmy ustawieni po drugiej stronie rzeki, otoczeni szczelnie policją. Leciała u nas wesoła muzyka i machaliśmy flagami. To, co najgorszego się działo - to chyba po drugiej stronie. Ludzie z krzyżami, modlący się na głos, próbujący nas nawrócić; skini, którzy napluli w twarz dziewczynie trzymającej flagę z pacyfką (którą potem spalili); radykałowie, którzy przepłynęli pontonem rzekę, żeby wykrzyczeć manifestującym, jak bardzo się ich brzydzą. Męskie głosy układające się w słowa "wstyd! wstyd! wstyd"...



I w pewnym momencie widzisz policję konną zrywającą się do galopu i zimno i ciepło na przemian się robi i boisz się spojrzeć w prawo...


... a tam dym - ktoś użył bomby dymnej, ktoś zaczął strzelać, policja użyła gazu łzawiącego i obezwładniła typa. To było 500 metrów ode mnie, ale jednak porusza. Chodzi o tą nienawiść, chodzi o to, że nie jestem w stanie pojąć, jak można nienawidzić kogoś tak mocno za coś, co nas nie dotyczy właściwie....


A potem przemówienia ważnych ludzi w garniturach, my siedzimy na trawie, słuchamy, piękne słonko. Wypuszczamy balony w powietrze (czy ktoś może sprawdzić, jak daleko takei balony dolatują?), jest pięknie i bardzo wzruszająco. I wtedy myślę, że to dobrze, że tu jestem, że dobrze, że ja też się liczę do tych 500-600 osób. Czuję, że robię coś wartościowego.


I po chwili na teren manifestacji wskakuje ten gość, naczelny radykał Litwy, poseł. Wskakuje i zaczyna się wydzierać, powala jednego policjanta i uderza go ("Mam immunitet, nic z tym nie zrobicie"), wstaje i rzuca się na szefa ruchu gejowskiego na Litwie. Więcej zdjęć z akcji:
http://www.alfa.lt/straipsnis/10356367/?Grazulio.ir.pareigunu.grumtyniu.akimirkos=2010-05-08_21-27

Najgorsze jednak jest to, że ten "polityk" domagał się otworzenia bramek - parada miała się skończyć o 15.30, a już była 15.45. Otworzenie bramek, żeby "nawiązać dialog pomiędzy radykałami, a gejami". I teraz, pytanie - kim musisz być, żeby żądać wpuszczenia na teren demonstracji skin-headów, wiedząc, że siła argumentu nie jest ich sposobem na rozwiązywanie konfliktów...?


A to Vytautas, szef ruchu gejowskiego. To niesamowite, ten człowiek jest kimś normalnym - jak ja czy ty, z normalnymi problemami i emocjami. Bardzo dobrze wykształcony, piękny język angielski, łądny garnitur. I wyobraźcie sobie, jak strasznie ciężko jest być Vytautasem na Litwie, osobą, której twarz się kojarzy, a to nie do końca dla Ciebie dobrze - bo kojarzą ją także Twoi wrogowie, których na Litwie jest dość sporo.
I taki cudowny akcent - w momencie, kiedy czekałam w kolejce do autobusu, w drodze z powrotem, Vytautas mnie pośpieszył, ale zobaczył, że duży tłum i powiedział "dobrze, dobrze" i - przytulił mnie! To było tak strasznie ludzkie, tak przyziemne, duże zaskoczenie, ale jednak pozytywne. On strasznie był zestresowany tym, że policja zaraz otworzy te bramki, że zaraz przylecą skini i - widocznie chciał wszystko jak najszybciej.


Muszę przyznać, że całe wydarzenie wzbudziło we mnie ogromne emocje. Nigdy w niczym takim nie uczestniczyłam (dotąd się tylko przyglądałam raz, w Amsterdamie) i może to właśnie dlatego. Nico, niemiecki kolega, mówi, że gdybym mieszkała w Berlinie, przywykłabym - w zeszłym miesiącu odbyło się tam 60 zarejestrowanych manifestacji. Ale też - to, co mnie poruszyło to nie był tłum czy walka o coś. To była ta nienawiść dookoła. Bo widzicie - wiem, że źli ludzie istnieją, słyszę o nich i ich dokonaniach, ale do momentu, kiedy nie wkroczą w moją rzeczywistość - nie zaprzątają mi głowy. Wczoraj spotkałam się z ludźmi, którzy nie myślą, którzy są po protu maszynami, bezmózgami i - nie cieszy mnie to. Smuci raczej.

Mimo wszystko jednak - cieszę się, że to zrobiłam. Cieszę się, że tam byłam, bo wiem, że to była jednak z tych rzeczy, które powinnam była zrobić. Rzadko kiedy poddaję się takiemu ideologicznemu podejściu do życia, ale - to naprawdę ważne, to bycie wolnym we własnym kraju.