wtorek, 27 kwietnia 2010

86 dzień w Wilnie

Tak jak wczoraj powiedziałam, dzisiejszy dzień spędziłam z Australijskim Włochem, będąc przewodnikiem po Wilnie. Kiedy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że albo jestem szalona albo po prostu miła - albo oba, spędzając cały dzień (z przerwą na zajęcia) z turystą, którego poznałam w pociągu, który poprosił mnie o kilka rad odnośnie Wilna. A ja - po prostu zaproponowałam, że oszczędzę mu czasu i wysiłku i pokażę to, co mnie podoba się w Wilnie najbardziej.

Może to dlatego, że nie co dzień spotykamy w pociągu gadatliwego Australijczyka (a więc narodowość?), może to to, że nie chciałam być sama (a więc egoizm?), a może po prostu to, że też podróżuję i też doświadczyłam wiele dobrego ze strony ludzi napotkanych po drodze. Nie wiem, ale nie ma sensu nad tym się zastanawiać, ważne jest to, co dzisiaj w głowie.

A w głowie - wiele rzeczy. Przede wszystkim, jakież to ciekawe - spotkać kogoś, wiedząc, że masz ograniczony czas na poznanie jego - że nigdy w życiu już go nie spotkasz, że możesz mu powiedzieć wszystko i że nie musisz udawać ani się przejmować niczym, ważne tylko, żeby być szczerym - ze sobą i ze światem.

Dalej - czy to, że już bez wahania potrafię poprowadzić kogoś po ulicach Wilna (któe nie jest za wielkie) i opowiedzieć wiele anegdotek przeczytanych czy zasłyszanych gdzieś świadczy o tym, że jestem już zżyta z tym miastem? W końcu wiem o nim więcej niż o Zielonej Górze! A może to właśnie wobec Zielonej Góry jestem ignorantką? Może to właśnie tak, że to, co łatwo przychodzi - wcale nas nie cieszy?

Następnie - cieszę się, mając niektóre osoby blisko mnie, mogąc się śmiać i płakać, mogąc wracać do akademika i śpiewać (i nie być uciszaną!), mogąc liczyć na obiad i na ciasteczka. Cieszę się, mogąc być na każde zawołanie, odpisując na smsy o nieziemskiej porze, przygotowując kanapki na drogę i przywożąc drobne prezenty. Cieszę się z tego, że doświadczam życzliwości - nie tylko czyjejś, ale i swojej.

I właśnie - ten weekend (który dziś mogę ostatecznie uznać za zakończony) był bardzo szczególny dla mnie. Nic właściwie się nie wydarzyło z tych WIELKICH rzeczy - nie zakochałam się, nie poszłam na dziką imprezę, nie podjęłam żadnej ogromnej decyzji, nie zmieniłam spojrzenia na świat. Przeciwnie - spędziłam czas z bardzo miłymi ludźmi, poznałam ich trochę bardziej niż bym się spodziewała (choć są to znajomości o jedno/dwudniowym okresie ważności, potem to już tylko e-maile), podjęłam wiele nic nie znaczących , ale spontanicznych decyzji i żyłam i cieszyłam się chwilą, po raz pierwszy w życiu naprawdę mając wolne od wszystkiego. I odpowiada mi ten stan i nawet wreszcie na litewskim byłam coś bardziej gadatliwa dzisiaj, więcej do głowy wchodziło.

Cieszę się, ludzie, dobrze mi.
[nie, mamuś, nie wstąpiłam do żadnej sekty :P]

2 komentarze:

  1. Oprowadzanie nieznajomych po mieście to szalenie pozytywne doznanie. Spędzasz czas z ciekawymi zazwyczaj ludźmi, widzisz jak się zachwycają miejscami, które dla Ciebie są już zwykłą codziennością, masz świadomość, że wnosisz coś nowego do ich życia, a oni do Twojego. same plusy:D miałam już takie sytuacje w Zielonej Górze i faktycznie, dzięki nim widziałam nasze miasto z zupełnie innej strony, może też tego spróbuj jak wrócisz:)
    I tak jak już pisałam. Ciesz się tą harmonią, uczucie cholernie ulotne, ale znając Twoje umiejętności utrzymasz ją tak długo, aż Ci się nie znudzi, a nie ucieknie sama;)

    OdpowiedzUsuń