niedziela, 25 kwietnia 2010

82-84 wycieczka

Czwartkowy wieczór spędziłam z przyjaciółmi, czego efektem była decyzja piątkowego poranku - mając niewiele czasu na spakowanie, wybiegłam z akademika i wsiadłam do pociągu razem z pewną erasmusową grupą. Pociąg do Warszawy, dla jasności.


... Spakowanie się zajęło mi 15 minut i tyle dokładnie zabrało mi podjęcie decyzji. I kiedy po 10 godzinach dotarliśmy do Warszawy, cieszyłam się, że tu słonko, a w Wilnie śnieg. Okazało się, że Warszawa wcale nie jest taka obskurna jak mi się zawsze wydawało, a przynajmniej stare miasto. Przy okazji - w knajpce po prawej zjedliśmy bardzo dobre polskie zupy, mniam!


Poruszyło mnie to. Jak wiecie, mnie da się bardzo szybko i niskim nakładem środków poruszyć.


Ostatnio bardzo często słyszałam o warszawskim przysmaku zwanym "pańską skórką". Dlatego też, kiedy tylko zobaczyłam to maleńkie stoisko, postanowiłam spróbować tego cuda i na dobre 5 minut skleiłam nim moje szczęki. 5 minut ciszy w moim towarzystwie to jak 4 godziny snu.



Pogoda była wspaniała, tak piękna, że nawet Pałac Kultury przypadł chłopcom do gustu. Stwierdzili, że to naprawdę bardzo ładny budynek - matko święta!


A potem wybraliśmy się na Pragę i widoki były już całkiem inne. Kevin chciał zobaczyć miejsca, w których powstawał film "Rezerwat" - tak naprawdę jestem zadziwiona, że ktokolwiek poza Polakami zna ten film... no, nawet Polacy go nie znają w większości.




Inne oblicze Warszawy - to brzydkie i obskurne, w którym jednak czułam się lepiej, bo jest prawdziwe, bo czuć ludzi, bo prawdziwe problemy, prawdziwe życie. Lubię to i lubię swojskość zwykłych ulic bardziej niż wielokrotnie odnawiane mury zabytków.



I znów - poruszyło.


Zaraz obok tego budynku zaczęło się robić nieco gorąco, ktoś coś krzyczał do nas, więc - zmęczeni całym dniem chodzenia - wsiedliśmy do tramwaju i cieszyliśmy się tymi 20 minutami siedzenia i niegadania. Tym razem mordoklejka nie była nam potrzebna.


Wieczór zakończyliśmy w polskiej restauracji, gdzie chłopcy spróbowali kilku specjałów naszej kuchni. Ze wszystkich jednak przypadł im do gustu bigos, dlatego każdy na koniec zamówił jeden dla siebie. I właśnie - to są moi Francuzi, którzy z całej erasmusowej grupy zostali ze mną i z którymi podbiłam Warszawę. Po prawej siedzi Alexandre, mój sąsiad, na przeciwko niego: Benjamin, który jest erasmusem w Canterbury, Alex, który studiuje chemię i Kevin, który chce być kiedyś politykiem. Wszyscy znają się z Grenoble, z uniwersytetu i stanowią naprawdę świetną grupę. Prześmieszni i przekochani, na pewno nie będę żałowała czasu, który z nimi spędziłam, mimo że nie do końca go zaplanowałam. No i - usłyszeć zdania polskie w wykonaniu Francuzów - to jest to, trzeba tego doświadczyć, żeby zrozumieć:)


... i prędzej czy później zawitam także tu... :)

Dla mnie wycieczka na Warszawie się skończyła, a chłopcy pojechali - nieco spóźnieni - do Krakowa, skąd podbiją Lwów i Kijów.

I naprawdę - czasem trzeba zwariować i nie planować, żeby odetchnąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz