sobota, 17 kwietnia 2010

76 muzea

Piątki nie są dla mnie dniami długimi i męczącymi, mam tylko jedne zajęcia, więc mogę w piątek zawsze zrobić coś ciekawego. Wczoraj postanowiłam - w końcu! - odwiedzić Muzeum Puszkina, o którym wiele wiele słyszałam.


Muzeum mieści się w dawnym domu syna Puszkina, czyli w miejscu, w którym pisarz bywał często. "Dworek" nie grzeszy rozmiarami ani rozmachem, ale położony jest pośrodku uroczego parczku.


Dom wygląda tak jak typowy litewski dom bogatszej rodziny z tamtych czasów. Bilet kosztuje 2 lity, więc nie jest to praktycznie żaden wydatek. Co więcej - muzea na Litwie właśnie tylko kosztują, rzadko kiedy przekraczają cenę 4 litów. Są dostępne dla wszystkich, jednak nie cieszą się dość dużą popularnością wśród Litwinów...


... powód jest dość oczywisty - muzea, niestety, na Litwie są zaniedbane, eksponaty niewyeksponowane, opisy w języku akademickim, mnóstwo terminologii-zero ciekawostek, a - co najgorsze - nikt tak naprawdę nie robi nic, by to naprawić. Muzeów w każdym mieście jest dużo, ale nie potrafią na siebie zarobić, bo nie wchodzą w interakcję w odwiedzającym, nie wciągają go we wspólną zabawę. Odwiedzający to naprawdę tylko odwiedzający, bo na Litwie muzea nie dają możliwości bycia UCZESTNIKIEM (jak we Wdzydzach w Polsce czy w Tate Modern w Londynie). Opisy bardzo rzadko kiedy są tłumaczone na angielski, a nawet jeśli - na bardzo zły angielski. No i w żadnym muzeum w Wilnie nie ma audioprzewodników. W kwestii dostępu do kultury Litwa jest więc daleko daleko za Polską nawet (która na tym polu też dopiero raczkuje).


Jeśli chodzi o język angielski, to w Muzeum Puszkina możecie o tym zapomnieć. O litewskim też. Rosyjski tylko.


Muzeum znajduje się w naprawdę nieciekawej części Wilna. Różni się tu nie tylko architektura, ale i ludzie. Często, naprawdę zaskakująco często, możecie tu spotkać pana w kapciach na ulicy, dziewczynę w gumiakach czy wiejską babę w koszulce na ramiączkach, mimo chłodu. Pani na zdjęciu - ogromne limo pod lewym okiem. Wolę nie pytać, wolę nie wiedzieć.


I widzicie, linia pomiędzy blokiem a domkiem to naprawdę fizyczna granica dwóch różnych oblicz stolicy Litwy. Niby 100 metrów, a jednak czujesz, że nie jesteś bezpieczny.




Smutek i zniszczenie - po prostu rozpad, zniewolenie. Pies na łańcuchu, który siedzi przez 10 minut i pozuje do zdjęcia, smutne oczy, wyraz "twarzy" błagający o pomoc. A jednak - kiedy tylko się ruszyłam, stracił wiarę i zaufanie i zaczął uciekać, na tyle ile mógł - ograniczony płotem i łańcuchem.

i wiecie, dobrze mi tu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz