niedziela, 11 kwietnia 2010

71 słoneczny dzień (Sunday)


Dziś Paulina upiekła kruche ciasteczka, przygotowała bigos i w ogóle była taka poruszona od rana, ponieważ...


... na obiad wpadła Dalia, jej mentorka, a prywatnie osoba kochana i naprawdę wspaniała. Dalia [czyt: Dela] przyniosła ze sobą lody, co tylko wzmocniło czar chwili. Porozmawiałyśmy trochę, bardzo miły czas. Okazuje się, że Dalia jedzie na erasmusa do... Belgii! Hurra, odwiedzę ją! :) Niestety, musiałam opuścić radosne towarzycho, ponieważ Mathias wybierał się na małą wycieczkę do dawnego letniego pałacu arcybiskupa wileńskiego, który podobno jest miejscem przeuroczym i z dala od cywilizacji...


Matko matko matko! WIOSNA!


Mathias studiuję geologię i ma zawsze ze sobątakie małe szkiełko powiększające, przy użyciu któego jest w stanie powiedzieć o każdym kamieniu wszystko - jego wiek, skąd pochodzi, z czego się składa, a może nawet i trochę o jego poglądach religijnych. I trzeba czasem to po prostu zrozumieć, że kiedy do niego mówisz, a on nagle znika z pola widzenia - to znaczy, że na ziemi leży coś bardziej interesującego niż to, o czym opowiadasz.


Park przypałacowy był pełen drzew strasznych i powykręcanych, z pewnością ciekawszych niż sam pałac. Dlatego też - nie zamieszczam zdjęcia budynku, bo przy tym drzewie wypada blado.


Widok, który ujął moje serce, przejął mnie. Dwóch facetów na spacerze z dziećmi. Fajnie tak.


Żeby dostać się do parku narodowego, musieliśmy zejść po ogromnej ilości schodów. Staliśmy na górze i zastanawialiśmy się, czy na pewno tego chcemy - potem trzeba będzie wleźć z powrotem, a tam nie ma McDonalda na pokrzepienie, ale...


... ale szybko nam przeszło, widząc rowerzystów WNOSZĄCYCH rowery...


... a widok na dole był naprawdę imponujący. I nauczyłam się puszczać kaczki i raz nawet udało mi się osiągnąć ten niewyobrażalny wynik trzech kaczek - naraz!



Po kilkunastu minutach marszu i przy coraz większej zadyszce dotarliśmy do dziwnej chatynki przy wodospadzie. Ciekawe znalezisko.



To zabawne, że po kilku miesiącach spędzonych w miastach tak niesamowitą frajdę sprawił mi długi spacer po nie-betonowych ścieżkach w lesie. Dla porównania - w domu, w Drzonkowie, las mam za płotem, a jednak z niego niezbyt często korzystam.



No i całkowity powrót do cywilizacji, powrót na ziemię. jakoś jednak wolę bujać w obłokach.

Miłość.

1 komentarz:

  1. szczerze mówiąc sylwia, wyszłaś w najgorszym momencie, bo potem wpadła Ania, a po jakiejś godzinie impreza przeniosła się do jubilatki-Moniki, gdzie próbowaliśmy wina własnej roboty i tortu Nico, a wiesz jak on potrafi piec ;)

    OdpowiedzUsuń