czwartek, 25 marca 2010

53 Ryga

Zwiedzanie dziś zaczęłam od niezbyt urodziwej, ale bardzo przez to popularnej dzielnicy Rygi - Kipsala. Domy zniszczone, ściany się sypią, a wszyscy ludzie w kaloszach. Ale, trzeba przyznać, urodziwe miejsce.




Ponieważ po 30 minutach spędzonych w krajobrazie biedy i zniszczenia miałam dość, postanowiłam "podbić" stare miasto.


Łotysze, wg mnie, są o wiele bardziej swojscy od Litwinów, mimo że z Polską mają o wiele mniej wspólnego. Litwini - pracowici, sumienni; Łotysze - niezbyt przejmują się godzinami pracy, cały czas się obijają. Litwini się nie uśmiechają, nie okazują emocji, Łotysze - pełni emocji, ekspresyjni. Poza tym - łatwiej mi zrozumieć Łotysza niż Litwina.


Jednym ze sztandarowych obrazków Rygi jest Rosyjski Kościół Ortodoksyjny, więc - nic dziwnego - znalazł się na jednym z pierwszych miejsc mojej listy. Wnętrze zrobiło na mnie ogromne wrażenie i, choć nie można było robić zdjęć...

... musiałam uwiecznić wodę święconą za 8 zł:)



Kilka kroków dalej moją uwagę przykuła spora grupka staruszków - na ulicy, na chodniku, na ławce. Kiedy zbliżyłam się do Posągu Wyzwolenia, okazało się, że przyczyna nie jest byle jaka.


25 marca jest bowiem dniem dla Łotyszów szczególnym - jest to Dzień Pamięci Ofiar Terroru Komunistycznego. Większość z osób tu obecnych doskonale ten czas pamięta, niestety.


A oto pani Maria, lat 84. Mówi płynnie po angielsku, niemiecku i rosyjsku. Uczyła się ich w szkole podstawowej, ale "co nieco" pamięta. Po litewsku i łotewsku też mówi, ale to dlatego, że jej rodzice byli z obu krajów. Pani Marii Sowieci zabili brata, syn umarł na cukrzycę, a mąż - mąż to był oficer armii niemieckiej i jakoś przeżył. No, ale dwa miesiące temu też zmarł. Pani Maria się trzyma, a dzisiaj to ciasto zrobiła - bananowe, jej mąż lubił takie.
A Pan na drugim planie - nie wiem, dlaczego, ale prezydent do niego przyszedł, podał mu rękę.


A oto i prezydent, ten w okularach, najwyższy. Na obchody przyszedł spóźniony - wiecie, bycie prezydentem to nei przelewki.



Wszystko zwieńczyła defilada wojska. Tutaj muszę Wam opowiedzieć anegdotkę. Otóż mam koleżankę, Annikę, która zawsze marzyła o tym, żeby zobaczyć defiladę na żywo. Od 8 miesięcy jeździ więc do wszystkich krajów obok Litwy na wszystkie możliwe okazje typu dni niepodległości, by zobaczyć defiladę i - ani razu jej się nie udało. A to defilady nie było, a to o innej porze, a to w innym miejscu. A ja - po prostu pojechałam i hop-siup, przez przypadek na taką natrafiłam.


Kontrasty.


A to najdłuższy budynek Rygi. Wcale nie jest taki długi - 2 minuty i koniec.



I parlament. Wygląda jak więzienie albo główny urząd statystyczny.


Dwie najstarsze kamienice Rygi - nazwane "trzema braćmi", bo jeszcze kilka lat temu były one trzy, jednak trzecia nie wytrzymała natłoku turystów i po prostu dała sobie spokój.



Wiele zakątków Rygi zostało zaprojektowanych przez jednego architekta - mistrza art nouveau. Wiele budynków - zwykłych z pozoru, posiada mnóstwo takich smaczków jak płaskorzeźby czy zdobione klamki drzwi.


A tutaj dzisiaj jadłam obiad. Czytałam o tym miejscu na forach, wydało mi się trochę nieprawdopodobne. Restauracja nazywa się "Hospitalis" i, jak nietrudno się domyślić, utrzymana jest w konwencji szpitalnej.


Przy takim stoliku możecie spokojnie zjeść obiad, nie obawiając się żadnego zastrzyku czy napaści szalonego doktorka.


Dania serwowane są przez pielęgniarkę w bardzo krótkiej spódniczce. Część alkoholi i soków przelewana jest z oryginalnych butelek do tych "szpitalnych". Reszta - ukryta pod ladą.



Dania są dziwaczne. Ja zamówiłam pstrąga z "oryginalną sałatką" i ziemniakami. Pstrąg - jak da się poznać - w postaci niezmodyfikowanej, ziemniaki podane z ananasem, a sałatka - nie mam pojecia, ale byłą przepyszna.


Rachunek podano w kopercie rodem z sali operacyjnej. Dostaliśmy również miętówki w szklanych, medycznych pojemniczkach. Ogólna ocena - 12/10!


Dom, który stał się symbolem Rygi. Czarny kot widnieje teraz na wszystkich pocztówkach, restauracji z nim w nazwie jest w Rydze 3, hoteli 4, a sklepów -11.


Piekarnia, która zrobiła na mnie wrażenie.


No właśnie - czy widzieliście kiedykolwiek, żeby sprzedawcy na Litwie się uśmiechali?!


Jak nie trudno się domyślić, szybko stałam się posiadaczką jednego z tych cudów. Szczęśliwą posiadaczką.


Jeden z nieszkodliwych wariatów Rygi. Początkowo myślałam, że to po prostu rzeźba woskowa, kiedy nagle się poruszył. Wtedy myślałam, że zwariowałam albo - że jestem częścią "Amelii". Bo widzicie - w Rydze zima, a on po prostu siedzi i czyta książkę. I nie jest częścią kiczowatej kampanii reklamowej!


Tak. Miejsce znane Wam już z poprzedniej notki - w końcu do niego zawitałam. Te wszystkie klimatyczne kawiarnie, które błagają o to, by je odkryć to to, czego brakuje mi w Wilnie. Tam każda z nich ma rysę, skazę, która nie pozwala mi się nią zachwycać.


Wnętrze przypominało piwnicę jakiegoś zamku. Jedzenie - co dziwne - również było rodem ze średniowiecza - nawet doprawione było w podobny sposób!

Na koniec wdrapałam się na wieżę jednego z kościołów. Dobrze, nie wdrapałam się - kościół miał windę. Ale było bardzo wysoko i stresująco, więc pewnie wiele kalorii przy tym spaliłam - czy to się liczy?:)

4 komentarze:

  1. Wyczesana ta szpitalna restauracja :)

    OdpowiedzUsuń
  2. pani Maria wydaje się być bardzo uroczą panią, co ma wiele historii do opowiedzenia

    OdpowiedzUsuń
  3. Prawdziwie magiczne miasto. Ciekawe od czego to zależy, że tam jest tyle takich perełek?

    OdpowiedzUsuń