czwartek, 25 marca 2010

52

Moja podróż zaczęła się wczoraj, jednak z powodu braku internetu nie mogłam jej tutaj uwiecznić. Teraz w końcu się do internetu dorwałam i... oto efekty:)

Droga z Wilna do Rygi wiedzie przez wiele ciekawych miejsc, a jednym z nich jest niewątpliwie Siauliai. Jest to małe miasteczko, które niczym się nie może pochwalić, prócz uniwersytetu. Przy okazji - uniwersytet ten przyjmuje co roku studentów na wymianę z całego świata. Gdybym miała tam trafić na 365, zabiłabym się chyba własną pięścią. Nieważne.

Niedaleko Siauliai znajduje się jedno z miejsc, które chciałam zobaczyć - Góra Krzyży. Jest to cel wielu pielgrzymek, przez co często nazywa się ją "Mekką Litwy".


Góra Krzyży to, jak sama nazwa wskazuje, góra POKRYTA krzyżami. Szacuje się, że jest ich tutaj 150 tysięcy albo i więcej, a obszar, na którym się znajdują, nie jest bardzo okazały.


Wszystko zaczęło się od powstania listopadowego, po którym Polacy zaczęli stawiać tu krzyże - niektórzy po zmarłych, niektórzy w nadziei. W krótkim czasie miejsce zaczęło być popularne jako cudowne i zaczęły tu ściągać tłumy pielgrzymów z całego świata.


Miejsce to jest dość przygnębiające, choć nie depresyjne. Szczególnie w pochmurny dzień wydaje się być bardzo, bardzo tajemnicze - tym bardziej, że leży na ODLUDZIU!




Postawić rzeźbę czy krzyż może każdy, kto znajdzie dla siebie odpowiednie miejsce. Ludzie zostawiają tu wszystko - obrazy, zdjęcia, figurki, rzeźby, różańce i rękawiczki. Listy, pocztówki i rysunki. A nic nie ginie, myślę.


Kto jest zbyt leniwy, by samemu coś stworzyć, może kupić Jezuska w sklepiku niedaleko Góry Krzyży. Przesąd głosi, że nadepnięcie Jezuska leżącego na drodze przynosi pecha. Niektórych, niestety, trudno jest zauważyć.


Miejsce dające do myślenia. Myślę, że zostanie w mojej pamięci na trochę dłużej, ponieważ przez tych 0 minut czułam się naprawdę nieswojo - jakbym właziła z brudnymi buciorami w czyjąś prywatność.


...i dalej w drogę. Jeszcze 3 godziny. No, może 4.


Pierwsze zdjęcie Rygi. Rozprostowanie kości. Wspaniała zima dookoła. Szybko, trzeba coś zjeść.


Jedna z nielicznych otwartych restauracji, w której kelnerzy nie są we frakach - w tamtych pewnie nie byłoby mnie stać nawet na "dzień dobry" :( tak więc - wspaniale jest przyjechać do Rygi i zjeść prawdziwy AMERYKAŃSKI posiłek w Amerykańskim (kiczowatym) barze. To znaczy - knajpka wspaniała, utrzymana we wspaniałym Amerykańskim kiczowatym klimacie, z amerykańską muzyką i kelnerkami jak z każdego amerykańskiego filmu. Ceny mnie pożarły.


Najlżejsza sałatka Friday's. Według menu, miała tylko 150 kcal, jednak - nie wiadomo, czy można temu wierzyć. Myślę, że sam sos barbecue miał z kilka tysięcy, ale nie ma co się tym zadręczać, prawda? Sałatka dobra, choć amerykańska.


Żeberka i frytki. Matko - porcja, która zabija.


Szybki spacer dookoła Rygi - mnóstwo wspaniałych knajpek, restauracji i barów. Każda inna, klimatyczna. Jedną z nich jest Black Magic, której zarówno nazwa jak i wnętrze przykuły moją uwagę...


... Zwróćcie uwagę na kelnerkę! Postanowiłam, że odwiedzę to miejsce następnego dnia... a czy mi się udało - zobaczycie przy następnym poście;)
buzi!

1 komentarz: