wtorek, 23 marca 2010

51

Właściwie to już po testach - tej przedświątecznej części. Ważne, że zdane.


W przerwie pomiędzy zajęciami a dodatkowym tureckim poszłam do jednej kawiarni i, planując moją jutrzejszą podróż, wciągałam naleśniczki. Muszę przyznać, że zielonogórska naleśnikarnia się, niestety, chowa przy takich cudach.

Jak wiecie, jutro wyruszam w podróż. Będzie ona trwała 8 dni (24-31 marca) i obejmie kraje bałtyckie. Plan mojej podróży będziecie poznawali na bieżąco, dzięki czemu wyda się Wam bardziej atrakcyjna. Tak czy inaczej - gdyby mi się nie udało tu trafić do świąt - wesołego jaja:)


Po powrocie, za namową Mathiasa, postanowiłam upiec swoje pierwsze w życiu prawdziwe ciacho na drogę. Tak się stało, że poprosiłam Alexa, by spojrzał na nie od czasu do czasu, kiedy ja będę tworzyła maila do mamuni, ale ... Alex ciasto przestawił o półeczkę wyżej, nie wiedząc, że urośnie.
Wszystko było z dymem. Dym był we wszystkim.


Ciasto się ZAPALIŁO - to znaczy: było w płomieniach. Płomienie te posmyrały naszą kuchenkę i teraz jest trochę otatuowana.


Niestety, ciasta nie udało się uratować. Nawet te partie, które wydawały się pyszne, okazały się być spalone od spodu.

Tak więc - widzimy się prędzej czy później, choć raczej prędzej:)
buzi!

2 komentarze:

  1. Co to za Ciasto pierwotnie było?
    (wysiliłem się na długiego posta, ale w wyniku przeładowania strony zniknął, wiec go nie ma :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Naleśniki pewnie pyszne :) A co do Ciast i pieczenia To nie ma się co martwić. Bo przecież ważna jest praca, a sukcesy były są i będą :)
    Następne będzie lepsze o to co nie wyszło :D
    Dobrze, że nikt oprócz kuchenki nie ucierpiał. A jej to tylko profesjonalnego wizerunku dodało.
    bay the way
    Miłego zwiedzania. Proszę o dużo zdjęć :)

    OdpowiedzUsuń