poniedziałek, 22 marca 2010

49 turgus

Przede wszystkim - przepraszam, że mam teraz takie opóźnienia. Ciężkie czasy nastały, ale obiecuję, że już niedługo - a na pewno po świętach - znów powrócę do normalności. Tyle tematów mi się nazbierało przez ten czas, chciałabym Wam tyle opowiedzieć... Jednak z tematami poważnymi jest problem - do nich trzeba przysiąść, poświęcić się im, niestety!


W niedzielkę z samego rana (korzystając z faktu, że sama byłam w pokoju i mogłam się wyspać) wylazłam z łóżka i pognałam z Anniką i Mathiasem na targ. Czekaliśmy na niego od tygodnia, chcieliśmy kupić tanie owoce i warzywka, a poza tym - targ! Pogoda nie zachęcała... Nie, właściwie mogę powiedzieć, że był to pierwszy dzień wiosny - przestał padać śnieg, zaczął deszcz.


Ponieważ targ znajdował się za Wilnem, musieliśmy pojechać 3 autobusami. Kanadyjczycy nie mają jednak w zwyczaju bycia na czas i... spóźniliśmy się na pierwszy autobus (który jeździ co 10 minut), a wobec tego i na trzeci (który jeździ raz na dwie godziny) i musieliśmy i tak zamówić taksówkę. Okazało się, że taksówkowy wariant był tańszy od autobusu:)


Czekając na szofera, Lauchy usilnie próbował zrozumieć, co bezzębny pan żul do niego mówił. Żul nie mówił właściwie nic, tylko bełkotał, ale nim Lauchy się zorientował, minęło z 15 minut. Z ciekawości aż się przysiadłam:)


W końcu trafiliśmy na miejsce, przed nami stał ogromny turgus (bazarek), pełen ludzi i ruchu. Myśląc o wszystkich kabaczkach świata, o papryce i jabłkach, byliśmy gotowi na jego podbój. Trzy... Dwa... Jeden...


... okazało się, że na całym targu nie ma ŻADNEGO stoiska z jedzeniem, za to milion z ubraniami i oponami... byłam naprawdę WŚCIEKŁA, tracąc mój cenny czas na niedzielny spacer w deszczu po wileńskim odpowiedniku zielonogórskiej giełdy. DEMMYT!

video

Kiedy dotarliśmy z powrotem do Wilna, miałam ochotę iść już do akademika, czekałam na przystanku, kiedy zadzwonił telefon. I tak oto ruszyłam na zbiórkę patrolu medycznego ZHP na Litwie. To, co mnie urzekło - to to, jak mówią po polsku, zmiękczanie głosek, śliski akcent, wymyślanie słów (osoby o słabych nerwach - osoby słabonerwne:P). Teraz wiem, co Dave czy Jason czują, rozmawiając ze mną... nie, ja nie jestem na takim poziomie z angielskim jak litewscy harcerze z polskim... ech:(


Po powrocie upiekliśmy z Mathiasem i Adamem Szybkie Ciasteczka. To znaczy - nie bardzo mieliśmy z czego je przyrządzić i nie bardzo mieliśmy na to pomysł, więc każdy z nas dodał coś od siebie. Mathias przyrządził ciasto i budyń, ja z Adamem lepiliśmy ciasteczka, ja poświęciłam jabłuszko, Adam je pokroił i tak oto powstały murzynkowe ciasteczka z budyniem, jabłkami i kruszonką.


Ponieważ wyglądały tak, że część osób uwierzyła, że są to placki ziemniaczane z żółtym serem, nie mogliśmy się zdecydować, kto powinien spróbować ciasteczko jako pierwszy. Na szczęście...

... do kuchni wpadł często już wspominany tu Thomas, który jest jak koza i wciągnie wszystko. Test poszedł pomyślnie i wszyscy się ciasteczkami radowaliśmy.

hip hip hurra!
...a tak poza tym - nauka :(

-----------------------------------
i jeszcze - z Białorusi wróciła Polonia:) wycieczka okazała się przednia, więc teraz żałuję, że z nimi nie pojechałam. Paulina przywiozła mi białoruską czekoladę, która jest w tak oldschoolowym opakowaniu, że czekam na odpowiednią okazję, by ją zjeść:)

1 komentarz:

  1. Widzę, że kulinarne podboje nadal trwają:)
    Może choć opakowanie nam zaprezentuj :D od tej czekolady.

    OdpowiedzUsuń