niedziela, 14 marca 2010

40 Kowno [wycieczka po Kownie!]

Zaraz po obfitym śniadanku wyruszyłyśmy wraz z Cioteczką na podbój Kowna. Ponieważ jest to kobieta o niesamowitej głowie, była naprawdę rewelacyjnym przewodnikiem. Kilka ciekawostek.


Cioteczka mieszka na wysokiej górze. To mała panoramka Kowna. Uśmiechnięty budynek - to siedziba filii uniwersytetu wileńskiego. Niestety, rozmiarami nie grzeszy.


Ja i Cioteczka. Jak widzicie, nie pozwoliła mi wyjść z domu bez czapki i rękawiczek - jej:) to śmieszne, poczułam się jakbym była znów małą dziewczynką:P


Most dzielący dwie części Kowna. Dawniej jedna z nich należała do Niemców, druga do Sowietów, a most był łącznikiem. Na górze za mostem dawniej (bardzo dawniej) była świątynia pogańska. Tam też rodzice Kastukasa mieli swoją letnią chatkę i w lecie pomieszkiwali.


Poszliśmy na wystawę młodych artystów. Jeden z eksponatów, który bardzo chciałabym mieć w domu, a który przypomina mi wet postcard Karoliny.



Przed wojną w tym budynku mieścił się najlepszy szpital na Litwie. Prowadzony był przez Żydów, więc kiedy przed wojną wszystkich Kowieńskich Żydów zabito, szpital stał jak stał, a ludzie rozkradali wszystko. A teraz - teraz to już nic tam nie ma.


Tu, kiedy Rima byłą młoda, mieściła się podziemna kawiarnia. Cała artystyczna elita Kowna się tutaj spotykała. Rima była w tym miejscu tylko raz, bo kiedy dorosła do tego, by tam chodzić, kawiarnia została zamknięta.


Muzeum literatury. Dzięki Rimie było ono naprawdę interesujące. Budynek bardzo ładny, a w nim...



... piwnice, w których Sowieci trzymali więźniów politycznych. Budynek posiada masę tajemnych przejść, co czyni go jeszcze bardziej fascynującym.



Seminarium duchowne. Ten nieładny mur wzniesiono całkiem niedawno, żeby księża nie mogli cieszyć oczu dziewczętami przechodzącymi obok.



Ten budynek, jak i wszystkie na tej ulicy, należy do Kościoła i przez wiele wiele lat był wynajmowany panu o szemranej, który miał tu swój klub nocny.


Muzeum medycyny, ekspozycja poświęcona higienie osobistej. Wyobraźcie sobie, że dawniej ludzie wierzyli, że dotykając ich włosów sprawicie, że oślepną. I tak, na początku XX wieku, do szpitala przywieziono wiejską kobietę z tym dziwnym czymś (kołtun, prawy górny róg) na głowie. Tak strasznie bała się, że oślepnie, że nie pozwalała nikomu tego dotknąć, nawet lekarzom. W efekcie zemdlała i wycięto jej narośl.


Jeden z garnuszków ma naklejkę z napisem "heads". W średniowieczu, a nawet i trochę dłużej leczono różne przypadłości przy pomocy sproszkowanych suszonych głów zmarłych... a my się przejmujemy zawartością parówek!


Po powrocie zabrałyśmy się do pieczenia ciasta, ha ha!


Tym razem to Paulina czyniła honory fotografa, dzięki czemu możemy teraz cieszyć oko moim zdjęciem:)


Ciasto morelowe gotowe, więc mogliśmy oddać się rozrywce...


... Rummikub! Oczywiście, nie skończyłam gry ani razu jako pierwsza! hip hip hurra!:)


Wieczór zakończył się pysznie i kalorycznie. Warto było.

2 komentarze:

  1. Ładnie Ci z mikserem :D
    Pozdrowienia dla Pauliny fotografa:)
    Fajne to Twoje Wileńskie życie.

    OdpowiedzUsuń
  2. matko, ależ mam tępe spojrzenie znad tego stołu ;D musiałam być nieźle zmęczona ;P

    OdpowiedzUsuń