niedziela, 14 marca 2010

39 Kowno [dzień pierwszy - ogóly]

No dobrze, ale od początku.
O tym, że przyjedziemy do Kowna, wiedziałyśmy jeszcze przed tym, jak nawiedziłyśmy Litwę. Właściwie - pierwotny plan był taki, że to właśnie Kowno, nie Wilno, będzie naszym Erasmusowym miejscem. Z powodu dziwnych zawirowań znalazłyśmy się w Wilnie, ale otrzymałyśmy zaproszenie od tajemniczej Rimy.

Szczerze mówiąc, trochę się bałam tego weekendu. Przede wszystkim - nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, że któryś z naszych wykładowców zaprasza do siebie, do domu, studentów z Litwy. Dalej - muszę przyznać, że polscy wykładowcy tworzą niepotrzebny dystans i z jego powodu wizja całego weekendu z wymienianiem grzeczności wydawała mi się przerażająca. Szybko się jednak okazało, że niepotrzebnie, bo Cioteczka Rima każdy dystans potrafi zminimalizować w okamgnieniu.



Dom Cioteczki jest bardzo tradycyjny. Zagracony, zakurzony i bardzo tradycyjny. Ściany pomalowane w najmodniejsze wzory lat 60., skrzypiąca podłoga i dziwne "roboty kuchenne". Domek przypomina bardziej domek babci na wsi niż domek pani naukowiec w centrum miasta, ale jednak okazuje się, że ten styl, to przywiązanie do tradycji - to normalne u Litwinów.



W domu Pani Rimy możliwie wiele rzeczy jest naturalnych. Na przykład, jedzenie. Soki, których w piwnicy jest 50 litrów, zostały zrobione z owoców od sąsiada. Serek bananowy na chlebek - z jogurtu i bananów. Herbatka ziołowa to zioła zebrane i zasuszone przez Cioteczkę (najlepsze lekarstwo, swoją drogą!!), a miód i masło zapewniają jej znajomi z pracy, pasjonaci.


W domu Cioteczki mieszka królik, z którym nigdy nie wiadomo, gdzie ma początek, a gdzie koniec. Cały włochaty, kudłaty, o oczach koloru futra. Do tego bardzo szybko się rusza i gryzie. Rima dostałą go od koleżanki, któej dziecko okazało się być uczulone (najpierw był królik, potem dziecko). Królik zbzikował lekko.


A to jest Bite (Pszczółka... dlaczego nie Bączek?!). Bardzo przyjazny pies, nie odstępuje swojej pani ani na kroczek. Szczerze mówiąc, czasami Bite wygląda jak ruchliwy mop do podłogi, ale jest w tym bardzo urocza:)


Bałwan na podwórku Cioteczki. Ulepił go Pan Mąż z jednym ze studentów. Ech:) muszę powiedzieć, że to naprawdę ludzie, którzy nie przejmują się konwenansami.

Wieczorem Cioteczka zabrała nas na krótki spacer po Kownie i dwa koncerty.


Folkowy zespół niespełnionych podstarzałych rockmenów... :)


Koncert różnych litewskich artystów z okazji 20-lecia niepodległości Litwy. Nie wiem, co Wy sądzicie, ale w Polsce na takie imprezy przychodzą ludzie młodzi i/lub bezdomni. Tu obok pani w futrze stał menel, a obok staruszków bawiły się dzieci. Przekrój przez całe społeczeństwo.


Roztopy.


Street art:)
[i przypomniał mi się od razu sms Magdzi, którego dostałam po jednym z biwaków: "Bu! Jezusek!"]


Pomnik przed seminarium duchownym.


MIŁOŚĆ!

2 komentarze:

  1. Prawdziwe szaleństwo z tym domkiem, zawsze modne lata 60. No i ten Jezus Coming suun.

    OdpowiedzUsuń