niedziela, 14 marca 2010

39 Kowno [dzień pierwszy - cepeliny]

Jak wiecie, ten weekend spędziłam w uroczym domku w Kownie, w towarzystwie Pauliny i pani Rimy i jej męża, Kastukasa. Pani Rima to asystentka litewskiej koleżanki naszego doktora Marka Smoluka, koordynatora wileńskiej wymiany w Zielonej Górze. Rima szybko przestała być "panią" i zaczęła być "cioteczką Rimą". Weekend ten był dla mnie pełen emocji i wrażeń, ale przede wszystkim - pełen ciepła i odpoczynku, choć niekoniecznie fizycznego.

Od razu po naszym przyjeździe zasiedliśmy do swojskiego, litewsko-polskiego obiadku.


Cioteczka Rima i jej mąż, raczący się litewskim (kowieńskim) piwem. Rima jest kobietą, która w życiu robiła mnóstwo rzeczy, z których większość to te, które chcę robić w przyszłości ja (ach, stylistyka!). Była tłumaczem książek dla dzieci, była tłumaczem konferencyjnym, pracowała w wydawnictwie, była edytorem, koretką, pracowała w biurze podróży, a teraz rozpoczyna karierę naukową. Oprócz całej mądrości, zgromadzonej przez lata dziwnej pracy, jest również kobietą niezwykle ciepłą i kochaną, taką - cioteczką właśnie!
Jej mąż - zabawny, pogodny elektryk-informatyk, starający się mówić po angielsku. Pasjonata formuły jeden:) również bardzo wyrozumiały i uczynny człowiek.


Polsko-litewski obiad nie mógł obyć się bez pierożków. Kupiłyśmy je z Pauliną w supermarkecie (wstyd! wstyd! wstyd!). Choć daleko im do tych domowych, mojej mamuni, nie były złe.


Kolejny "specjał", tym razem litewski - sękacz! HURRA! W ciągu tego jednego dnia uzależniłam się kompletnie. Jestem stracona dla świata smaków.


Nasz stół w dużym pokoju/bibliotece. Dań było wiele, ale jednemu chciałabym poświęcić trochę więcej czasu... otóż...
... przygotowania do całego obiadu zaczęły się tak naprawdę 3 godziny przed przyjściem gości (studentów Rimy). Przygotowania - to znaczy także ja, Paulina i Andy (który się nami miał opiekować) brałyśmy w nich udział. A gwoździem programu była gwiazda litewskiej sceny kulinarnej, cepeliny!:) Zapraszam na kolejny odcinek programu "jak to jest zrobione"...


Ponieważ moje zdolności kulinarne zostały już niejednokrotnie zauważone i docenione, postanowiłam w przygotowaniach wziąć czynny udział - jako fotograf. Paulina płakała nad cebulą, Andy narażał swe życie z nożem w ręku nad ziemniakami, a ja musiałam to wszystko uwiecznić.


Tak wygląda wnętrze mojej czaszki, prawdopodobnie.





Podejrzewam, że każdy z Was przynajmniej raz w życiu widział tę dziwną maszynę, prawda? Cóż, Andy nie widział jej nigdy, twierdząc, że oni tam, we Francji, mają elektryczne roboty kuchenne.


Zmielone ziemniaczki trzeba było odcedzić...




... i nie wyglądało to apetycznie!


A następnie pougniatać.


Do mięska dodaliśmy mleko, przyprawy, olej i coś jeszcze (niespodzianka!).


... i wkrótce wszyscy wesoło lepili cepelinki. Pani najbliżej aparatu to koleżanka Rimy, to ona przyniosła sękacza!


... cała armia cepelinów - nie chcielibyście ich spotkać w nocy!


I na talerzu, w swoim naturalnym środowisku.
Cepeliny to potrawa bardzo sycąca, zdołałam zjeść tylko 2 małych przedstawicieli gatunku. Rima, do której należy rekord, gdy była młoda, zjadła 8 sztuk i aż do teraz nic nie je:)

Obiadek był naprawdę pyszny, a ciepła atmosfera spowodowała, że nie czułyśmy się jak ktoś obcy. Poza tym - ilu znacie nauczycieli, którzy zaprosiliby studentów z Litwy do swojego domu na cały weekend?

2 komentarze:

  1. ja chcę spróbować tych wszystkich intrygujących rzeczy :O

    OdpowiedzUsuń
  2. Nowa odsłona mojego ulubionego programu :D

    OdpowiedzUsuń