niedziela, 7 marca 2010

33-35

Bardzo Was przepraszam za zaniedbanie blogaska. Na swoje usprawiedliwienie mam jednak fakt, że najpierw nie miałam o czym pisać (za dużo nauki), potem nie miałam czasu (KAROL!), a kiedy miałam i czas i tematy - nie miałam internetu. Teraz wszystkie wymagania zostały spełnione i - oto opis moich ostatnich kilku dni. Podzieliłam go na kilka tematycznych części!

W piątek z samego rana wyruszyłyśmy z Pauliną na stację kolejową, by odebrać naszych gości - Karola i Andrzeja. Ponieważ przybyłyśmy trochę za wcześnie, wypiłyśmy poranną kawę w McDonaldzie.


Dziewczynę na zdjęciu spotkałam już kilka razy. Jest Polką, studiuje tutaj języki słowiańskie i ... Jest tak niemądra (EUFEMIZM!), że ile razy widzimy ją z Pauliną, nie możemy uwierzyć, że nie jest postacią z kreskówki czy głupiej polskiej komedii. W McDonald'sie właśnie kończyła się jej jedna impreza. A spódniczka - jest krótsza niż wygląda na zdjęciu:)



Z wielu różnych przyczyn wzięliśmy z Karoluchem taksówkę ze stacji. Pan kierowca, bardzo miły, mówił po polsku i to bardzo dobrze, choć bez sensu.


Pierwsze zdjęcie Karoluchowatego w Wilnie!


Po zadomowieniu się w hotelu Karolucha poszliśmy sprawdzić, co takiego Użupiański Chińczyk ma nam do zaoferowania. Z dumą muszę przyznać, że jedzenie było wprost proporcjonalnie dobre do wystroju knajpki. Nikt z obsługi nie mówił po angielsku, więc musiałam poprowadzić mój pierwszy w pełni litewski dialog. Kiedy wychodziliśmy, okazało się, że kelnerka jest Polką.



Porcje były tak ogromne, że, po studencku, wzięłam je na wynos i teraz spokojnie spoczywają na dnie mojej bezdennej zamrażalki.


Wieczorem poszliśmy z Pauliną i Andrzejem do Double Coffee, a potem...


... na kebab:) niestety - kebab nie był na europejskim poziomie, czego można było oczekiwać po cenach.


Następnego dnia postanowiłam zaskoczyć Karola moimi zdolnościami kulinarnymi i przygotowałam naprawdę dobre spaghetti bolognese. Pewnie dla większości z Was nie jest to żaden wyczyn, ale dla mnie wystarczy, by czuć się fantastycznie:)


... jak już wspomniałam - internet umarł.


MiJin i SonIk przygotowali dla nas koreańskie danie - SoYa. "So" jest początkiem słowa oznaczającym "kiełbasę" (ale nie z psa, Dominika:P) i "Ya" oznacza "warzywa". Nietrudno więc zgadnąć, z czego dokładnie zrobione było danie. Na zdjęciu również Monika, współlokatorka MiJin na co dzień, a moja wena okazjonalnie:)

Jedzonko było naprawdę smaczne i nawet Karol musiał przyznać, że go zaskoczyło.
:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz