poniedziałek, 15 lutego 2010

13-14

Wieczór spędziłam, jak już wspominałam wiele razy, na musicalu "Svinis Todas". Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że spektakl był w języku angielskim, a ponad sceną umieszczone były napisy w języku litewskim - ciekawy zabieg, miałam ustawiczne wrażenie kinowości tego teatru. Niewątpliwym atutem tego przedstawienia była ogromna ilosć aktorów (w jednym momencie na scenie było 48 osób) i bardzo mądrze rozpisane ich ścieżki. Orkiestra również odegrała (dosłownie!:)) dużą rolę w moim końcowym wrażeniu - muzyka orkiestrowa to jednak co innego niż słaby soundtrack.



Niestety, zdecydowanym minusem spektaklu była obsada. Jedynie Mrs Lovet była prawdziwie sobą - trochę zbzikowaną, pazerną kobietą, której w życiu się nie udało. Sweeney okazał się być tłusty i bezbarwny, w ogóle nie przeżarty przez cierpienie i obsesję, a szkoda! Tobi, który powinien być chłopcem (a więc: niski, naiwny, kochany), był wysokim przystojniakiem, który nijak nie pasował do roli popychadła. Szkoda też, że reżyser nie wniósł do sztuki nic swojego - była ona żywcem ściągnięta z filmu, te same gesty, mimika, piosenki, wydarzenia... :(

Mimo wszystko jednak - scenografia, Sweeney i muzyka (i śpiew!) zrobiły swoje. PODOBAŁO MI SIĘ!

----------------------------------------------------------
Niewątpliwie najlepszą anegdotką z wczorajszego dnia było nasze zamawianie taksówki. Jak powszechnie wiadomo, nie powinno się oczekiwać, by operatorzy taksówek w europejskiej stolicy mówili po angielsku, więc - żeby takową zamówić - trzeba posługiwać się litewskim. Ale nie byle jakim!
Słyszałam pogłoski, że jeśli zacznę mówić po angielsku, pani operatorka rzuci słuchawką. Przezwyciężyłam moją nieśmiałość i powiedziałam "Labas vakaras, noreciau...", ale ,widocznie, mój litewski nie był pierwszej klasy, bo operatorka rzucił słuchawką. Zadzwoniłam jeszcze raz - i sytuacja się powtórzyła. Śnieg, zimno, w końcu jednak poprosiłyśmy uprzejmym smsem Jasona, żeby zadzwonił i - obrzydliwy Australijczyk ma lepszy akcent niż ja!
KIedy wróciłyśmy do akademika, zaprzyjaźniony Niemiec powiedział nam, że nie powinnyśmy się martwić - to całkiem normalne tutaj!

Na szczęście moja gorycz nie trwałą zbyt długo, bo w akademiku czekał na nas obiad zrobiony przez przedstawicielki Polonii:) mniam!

7 komentarzy:

  1. Ciekawe czy z zamawianiem Pizzy jest tak samo. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. o ja zazdrostka o ten spektakl!
    pani Lovett ze zdjecia fajna.

    OdpowiedzUsuń
  3. dobrze, że nas taksówkarz nie wywalił, jak mu powiedziałyśmy "Olandu gatve penkiasdeszimt vienas" ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. A tam wywalił... trzeba stosować ich metody. Jak już wsiądziesz do taksówki trzymaj się jej aż nie dojedziesz do Celu i za nic nie daj się wyrzucić :) Drap, gryź, ciągnij za włosy a nie daj się wyciągnąc z taksówki! No!

    OdpowiedzUsuń
  5. Próbuję ogarnąć litewskie słowa, która napisała Paulina i nie rozumiem nic : ( tylko 'vienas' kojarzy mi się z Wiedniem, choć to pewnie nie ma nic ze sobą wspólnego :p

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja wiem co to znaczy, wiem :)
    Ale nie powiem :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Ola!

    Ulica Olandu, pięćdziesiąt jeden ;D

    OdpowiedzUsuń