sobota, 13 lutego 2010

12

TROKI!

Wiem, że prawdopodobnie większości osób Troki kojarzą się tylko z dość popularnym, choć niekoniecznie kulturalnym, powiedzeniem, ale nie - Troki to coś więcej niż tylko figura stylistyczna.


Jest to miasteczko nieopodal Wilna, które dawno temu zatrzymało się w czasie. Dojechać tam nie jest trudno - autobusy i pociągi co chwilę przyjeżdżają i odjeżdżają, co jednak nie psuje małomiasteczkowości tej mieścinki:)


Troki otoczone są ze wszystkich stron wodą, trzema jeziorami, niektóre miejsca wyglądają jak nasz polski Hel - ulica i wąskie pasmo domów stanowią jedyną granicę między jednym a drugim jeziorem.



Ponieważ cała gospodarka miasteczka opiera się w sezonie na sportach wodnych, zimą brak takich możliwości mógłby zdawać się przeszkodą w rozwoju mieścinki - zapomniane łódeczki stoją w zaspach na zamarzniętych jeziorach. Okazuje się jednak, że zima nie zawsze musi wiązać się z poważnymi wyrzeczeniami (spódniczki mini!). Fani Icewind Dale na pewno poczuliby się tu jak w domu - rybacka wioska nawiedzona przez mróz, której mieszkańcy próbują jakoś związać koniec z końcem.


Z rozmów, które miałam przyjemność przeprowadzić z mieszkańcami Troków, wynika, że każdy mężczyzna przynajmniej raz na dwa tygodnie wykuwa swój przerębel i łowi ryby. Rytuały jak ten były dotąd dla mnie bajkami rodem z najdalszej Skandynawii, jednak okazuje się, że to nic nadzwyczajnego.


Podczas zimy Troki zamieniają się w siedlisko zła i przemocy - zimowych sportów, także ekstremalnych. Miłośnicy nart biegówek, hokeju, a także dziwnej odmiany saneczkarstwa na pewno nie mogliby przejść obojętnie obok takich widoków. Ja jednak do tej grupy nie należę, więc szybciutko podreptałam przed siebie....


... i minęłam opuszczoną chatkę rybacką...


... niewykończony dom Muminków...


... i dom z dziwnym graffitti ("Śmierć pedofilom"), do którego mina Jasona (Australia!) bardzo pasuje.

Czułam się jak polarnik, naprawdę - kiedy szłam po zamarzniętym jeziorze, palce miałam skostniałe, a w brzuchu tylko burczenie i, najgorsze, nie wiedziałam, gdzie i kiedy zacznie się jakieś centrum miasteczka - takie z barami mlecznymi i tanimi restauracjami. W końcu naszym oczom ukazał się malutki bar z szybami oblepionymi nazwami dań, których nawet nie potrafiliśmy wymówić.


Kibin, specjał kuchni karaimskiej, okazał się strzałem w dziesiątkę. Mięso zapieczone w delikatnym cieście smakowało nieziemsko. Kibin uratował tym samym honor kuchni litewskiej, tak bardzo nadwyrężony przy spotkaniu z cepelinem.


Na szczęście kołduny również mnie nie zawiodły. Zdziwił mnie za to brak wspomnianego przez kelnerkę rosołu, jednak wszystko da się przeżyć (przeżuć).

CDN...

1 komentarz:

  1. Puki co zimno, smacznie i ciekawie.
    Oby więcej takich wypraw.:)

    OdpowiedzUsuń