niedziela, 28 lutego 2010

27

No dobrze, muszę przyznać, że są pewne minusy dzielenia wspólnej kuchni.
Wczoraj upiekłyśmy z Pauliną pizzę. Połowa blachy została i postanowiłam ją zjeść dzisiaj. Dzisiaj jednak zjadłam coś sprzed dwóch dni i mój pełen talerz pizzy został na jutro.
30 minut temu poszłam do kuchni napić się jogurtu... Szczelnie zakryta i ukryta pizza leżała naga i zawstydzona...


Złodziej pizzy dokonał swojej zbrodni, po czym zostawił ofiarę na wpół ubraną, poszarpaną i smutną.


Z całej porcji pizzy zostało sześć smutnych kawałeczków:(


W szoku napisałam list, który powiesiłam na lodówce. Mam nadzieję, że prędzej czy później złapię tego gnojka.

Naprawdę wiele mogę znieść. Znikające parówki, plasterki sera czy keczup to cena za używanie lodówki. Zjadanie czyjejś pizzy to jednak za dużo. Naprawdę wiele serca w nią włożyłam i czekałam na moment, kiedy ją zjem. teraz to mi przykro :(

sobota, 27 lutego 2010

26-27

no wyjątkowo dobry wieczór:)


właśnie przed chwilką Zuzana (Słowacja, po lewej) zaprosiła mnie na kawałek ciasta, które sama upiekła.

Ciasto z kaszą manną, brzoskwiniami, czekoladą (mniam!)...


Szybko przybiegła też Ilaria, Włoszka, która wydała werdykt w sprawie czekolady:) Ilaria jest w kwestii jedzenia podobna do mnie - zawsze i wszędzie:)


Mój kawałek szybko się rozmnożył i jestem pewna, że całą moja dieta przepadnie. Jestem też pewna, że warto czasem poświęcić coś dla czegoś innego:)


Okazało się, że jutro, o 21:00 Sandra ma rozmowę kwalifikacyjną (na skype:P) do holenderskiej wersji programu "Agent". Z kilku tysięcy kandydatów zostało już tylko 40-stu i Sandra jest cała tym przejęta. Jutro wszyscy trzymamy za nią kciuki, a wyniki poznamy 12 marca... :)

ach, możliwe, że to już naprawdę koniec tego dłuugiego dnia, ale nie ręczę za to:)
buziaki-chrumciaki:)

26 part III

... myślałam, że wrażenia na dziś już się skończyły i że resztę wieczoru przyjdzie mi spędzić w moim parnym pokoju, ale... :)


... o mój dobry nastrój wieczorem zadbał mój anielski opiekun. Przygotował on grę, która polegała na szukaniu kolejnych karteczek, które w efekcie doprowadzą mnie do SKARBU:) Pierwsza wskazówka, wraz z instrukcją obsługi, znajdowała się pod moimi drzwiami... zapewniłam sobie wsparcie Pauliny i poszłyśmy tropem wskazanym przez karteczkę...


Kolejna, zupełnie nieoczekiwanie, czekała na nas na ścianie przy kuchni...



Następną znalazłyśmy piętro niżej, by znów pójść piętro wyżej - na balkon, a tam...


TRUTUTUTUUUU!


... chwila napięcia...


radość:)


Najpiękniejszy bukiet mojego życia;)
Aniołowi dziękuję, choć pewnie mojego bloga nie czyta i/lub nie rozumie:)

no i teraz - teraz to już naprawdę koniec tej przydługiej notki!:)

26 part II

... pizza, oczywiście!


Tak, nosiłyśmy się z Pauliną z zamiarem upieczenia polskiej wersji pizzy od momentu niemieckich pierogów. Byłyśmy ciekawe, jak Ilaria, nasza zaprzyjaźniona Włoszka, zareaguje... Nie, nieprawda - po prostu chciałyśmy mieć wreszcie porządny obiad.



Ponieważ Paulina jest złotą osobą i wie wszystko, postanowiła zająć się ciastem (drożdże!).




Muszę jednak przyznać, że moje zadanie nie było wcale mniej odpowiedzialne - to do mnie należało krojenie składników...



Jej mi najbardziej było szkoda:(


Wszystko gotowe, czeka...



Ciasto drożdżowe (gładkie) jak pupa niemowlaka...


Problemy ze słoikiem - sos pomidorowy, niesamowity wynalazek współczesności!


Pizza Pauliny....


Moja pizza :) ...


... i masakra, jaką Paulina na nim dokonała! :'(



Papryka jako pierwsza....



Oblizanie łyżki - gest wieńczący pierwszą część przygotowań.


... w piekarniku... a my czekamy, czekamy... 45 minut!


Pierwsze zdjęcie noworodka...


Świat ze szczęścia rozmazał mi się prze oczami....



MNIAM!

Werdykt Ilarii:


"Mogę publicznie przyznać, że polska pizza jest całkiem niezła" :)

[CDN]

26 part 1

Wczoraj miałam nadzieję, że mi się upiecze i... upiekło się:) a co - zobaczycie później:)

Ponieważ dziś był mój Wielki Dzień prania, cały poranek spędziłyśmy z Pauliną na martwieniu się proszkami, zmiękczaczami, bębnami i cieknącą wodą. Wszystko przebiegło pomyślnie, nie ma ofiar śmiertelnych w postaci zabarwionych koszulek czy skurczonych swetrów. Jesteśmy co prawda otoczone przez rozłożone po całym pokoju mokre rzeczy (suszarki na korytarzu zajęte), ale dzięki temu nasz przytułek pachnie mydełkiem.

Od dwóch tygodni nęcił mnie pewien bar, który mijałam, ilekroć szłam w kierunku centrum starego miasta. To, co w nim niezwykłe, to to, że CAŁY jest różowy, wraz z różowymi krzesełkami i żarówkami. Tak słodkie miejsce nie mogło ujść mojej uwadze. Kilka dni temu, na urodzinach MiJin, postanowiłyśmy z dziewczynami, że dziś, w sobotę napadniemy to miejsce... Z prężnej ekipy zostałyśmy tylko my trzy - MiJin, Sandra i ja...


Teraz już nikt nie zapyta, co to takiego "radość" :)


Drzwi do Różowego Królestwa...


Bar:) jeśli chodzi o wystrój, muszę przyznać, że jest to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc w Wilnie - wszystko, dosłownie, do siebie pasuje - nawet kiczowata, popowa muzyka, 13stki siedzące w kącie, otatuowana panna za ladą i sprzedawca o zabawnym wyrazie twarzy. Ściany, lada i menu "ozdobione" są różowymi zaciekami, część sufitu pomalowana jest na ... różowo, jednak - mimo że jest to dość mocny kolor - nie czułam się zmęczona po godzinie tam spędzonej.


W barze nie ma krzeseł jako takich, siedzi się na ogromnych pufach, dzięki którym chcesz w tym miejscu spędzić całe życie...



Kubeczek z różową owieczką:) udało mi się zdobyć taką naklejkę tylko dla siebie i teraz zastanawiam się, gdzie ją przykleić...


W menu nie ma napojów alkoholowych, wszystko jest - mniej lub więcej - połączone z mlekiem i słodkościami (shake, kawa, jogurty, lody...). Można kupić także "coś na ząb", ale nic poważnego - głównie batoniki i ciasteczka.

Muszę przyznać, że bar ten wywarł na mnie ogromne wrażenie estetyczne, aż nie chciałam go opuszczać. Musiałam to jednak zrobić, bo... miałam nadzieję, że mi się upiecze...

[CDN]

piątek, 26 lutego 2010

25

... właściwie oryginalna notka była dłuższa i bardzo pasjonująca, ale... niestety, internet (bo przecież nie komputer!) odmówił w kulminacyjnym momencie posłuszeństwa i musimy zadowolić się tym, co teraz czytacie.

jednakże, na osłodę...
Z CYKLU: ABSURDY WILEŃSKIE

Prawie pusty McDonald's, którego główną klientelę stanowią starsze osoby, zaczynające dzień od porannego przeglądu prasy... (ach, jakież to metaforyczne, to przenikanie się dawnych czasów i tego, co jest...)


Wódka sprzedawana w pojemniczkach na jogurt... z którym to trunkiem Koreańscy znajomi nie wiedzieli, co począć...



Dziwny zapis dni (tak, zawsze dni tutaj zapisane są w taki sposób - wiąże się to z tym, że w języku litewskim nazwy dni to ich numer porządkowy + "dienos", czyli "dzień").

Dziwna numeracja pięter -> to, co zwykło być u nas piętrem pierwszym, tu jest drugim, a parter nie istnieje.

Ale przede wszystkim - na ulicy ludzie rozmawiają ze sobą po rosyjsku, ale jeśli Ty, turysta, zapytasz ich o cokolwiek w tym języku - oburzą się!

Jutro - mam nadzieję, że mi się upiecze...

czwartek, 25 lutego 2010

24

Boże, niech ten tydzień już się skończy!
Niech już będzie weekend i niech będę mogła iść spać o 20! :)

Mój zmysł kulinarny rozwija się i to w zastraszającym tempie. Na obiad zjadłam zmodyfikowaną wersję sosu "4 sery i brokuły" z prawdziwymi brokułami, a wieczorem...






... zrobiłam sobie słodkie śniadanie na następny dzień:) jogurt z papają, jabłkiem i karmelem! :)
Cóż... to, co dla jednych jest sufitem, dla innych jest podłogą:)