czwartek, 30 grudnia 2010

Rusałka

Obejrzałam film, bardzo dobry, rosyjski. Świetne kolory, montaże, przewrotne teksty, a bohaterka hiberbolizuje wszystko jak ja. Polecam wszystkim, którzy też lubią filmy o niczym i tym, którzy też kochają "Amelię". I reszcie też.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

video

Jadąc w drugi dzień świąt autobusem do Zielonej Góry bazgrałam po szybie przypadkowe rysunki, a w środku mnie wybuchały bomby i bombki. Niby święta, a jednak spokoju jak na lekarstwo (ażeby!).


W swej życiowej karierze osiągnęłam już ten poziom zaawansowania, że - by z kimś porozmawiać o sprawach osobistych - należy się spotykać na gruncie osobistym jak najmniej. Z Dawidem spotkaliśmy się w pseudo-zagłębiu (depresji?) intelektualnym, Jazzgocie. Naprawdę lubię to miejsce, czuję się nieco bardziej dorosła i zamożna, siedząc tam, wśród ludzi, którzy na "badania okresowe" z racji wieku chadzać powinni co 3 miesiące i słuchając w tle lekkiego jazzu czy popu.

Z Dawidem znam się na tyle długo, że ani moja ani jego mamy nie zadają sobie już trudu próbowania nas zeswatać. Znamy się na tyle, że kiedy się spotkaliśmy, właściwie prawie nie gadaliśmy, tylko sobie razem czekaliśmy na swoje własne cosie.


W końcu zdecydowaliśmy ruszyć się z depresji intelektualnej i przejść się tym jakże malowniczym świątecznym miastem. Muszę przyznać, że wcale tak źle nie było, tylko głowa mi w międzyczasie pulsowała od tych wszystkich "a jeśli", "a co", "a może". Lanre, mój kolega z pracy (prywatnie Nigeryjczyk), mówi, że może nie wiodę życia hulaszczego, ale i tak umrę od tych gdybań szybciej niż niejeden alkoholik. Lanrego to ja słucham z przyjemnością.

To, co w końcu wymyśliłam, jakoś w głowie przypomniało mi Jordiego, gorącego Hiszpana. Jordi mówi, że język hiszpański to muzyka i jeśli coś brzmi źle to możliwości są trzy. Pierwsza - zły akcent. Druga - zła odmiana. A jeśli nadal nie - to po prostu złe słowo. I znów myślę, jakkolwiek dziwne skojarzenie by to nie było, że język hiszpański to trochę jak życie i jeśli coś nie gra, to zwykle albo kładę nacisk na sprawy głupie albo na siłę staram się te sprawy do siebie przystosować albo... Czepiam się tego, co jest w tym momencie najmniej właściwe . Tak więc, bez żalu w sercu, za to z pewną lekkością ducha, postanowiłam nie komplikować sobie życia zbyt zaawansowaną gramatyką i odpuścić co niektóre zabawy. Może muszę jeszcze poznać trochę zasad, nim się za nie zabiorę... :)


I powiem Wam wszystkim, że nigdy nie podobały mi się te niebieskie, fluorescencyjne i niezdrowe choinki, którymi co roku dodaje się uroku Zielonej Górze (bo ponoć kicz jest uroczy, prawda?).

piątek, 24 grudnia 2010

Wigilia

... no ale w końcu nadszedł dzień wolny, dzień spokojny, który rozpoczęłam...


... od spotkania z Arturem. Jestem pewna, że miał dzisiaj wiele, i o wiele też ciekawszych, rzeczy do robienia, jednak zebrał się i przybył do mnie z sernikiem, próbując ratować moją zwichrzoną głowę. To jest właśnie to, ach!


Poszliśmy zbadać, jak ma się Zielona Góra w ten jakże radosny dzień. Szczerze - Zielona Góra nie miała się wcale.

Jedni mieli szczęście...


... inni mniej.


Jedni włóczyli się nieśpiesznie, bez nadziei i ciepła w oczach, kiedy inni stali i wyczekiwali kogoś, kto w ich życiu powinien był się pojawić dobrych kilkanaście lat temu. W Wigilię nikt nie powinien być sam, więc może ten brakujący element rzeczywistości w końcu się dziś pojawił...?


Po starówce postanowiliśmy udać się w moje ulubione miejsce w Zielonej Górze, jednak droga nie była łatwa, wiodła przez najmniej bezpieczny park w mieście. Myślę, że w zimie nie jest on tak niebezpieczny - nikt nie byłby na tyle szalony, by sterczeć tam w takie mrozy!


Podczas wspinania się na szczyt mogłam przetestować moje nowe buty, które, ku mojemu zdziwieniu i uldze ogromnej, nie rozkleiły się i wytrwały cały dwugodzinny (w sumie) marsz.


Dotarliśmy na samą górę zielonej góry, jednak z powodu mgły nie było widać miasta, a tylko jeden ogromny obłoczek.


Po części miejskiej naszego spaceru przenieśliśmy się w dzicz, czyli las. Śnieg po kolana, lód pod plecami niejednokrotnie, a policzki szczypały. Było świetnie, pogadać o niczym i o wszystkim to wspaniała odskocznia od małych katastrof dnia codziennego.


Mimo że mgła i zima i szaroburość dookoła, tych kilka chwil gdzieś-tam bardzo ulżyło memu sercu. Fajnie, święta!

dzień wolny

Wielkie odliczanie trwało już od półtora miesiąca. Wszystkie trudy i znoje życia codziennego podsumowywałam liczbą dni, które mnie dzieliły od akademickiej przerwy świątecznej. Wiedziałam, że wtedy odpocznę, wyśpię się i załatwię wszystkie zaległe sprawy.

... zrządzeniem losu tak się jednak nie stało, bo Olga, koleżanka z pracy i wierna obserwatorka moich słabości, zachorowała strasznie, mając oskrzela zapalone. I wyobraźcie to sobie, zamiast wolnego, albo kilku godzin w pracy, prawie tam zamieszkałam (nabierając szacunku dla wyżej wymienionej za spędzanie w biurze pełnego etatu).


Żeby nie spóźnić się do pracy z powodu opóźnionego autobusu, wybrałam ten wcześniejszy. Jestem pewna, że każdy z Was potrafi mniej-więcej zgadnąć, jak ogromną radość i motywację do pracy miałam, wstając o godzinie 7 w tak przepiękny poranek. Wyszłam z domu 10 minut wcześniej, bo buty, które wybrałam, ślizgały się niemiłosiernie, a na drodze lód. I, znów zrządzeniem losu, stałam na tym nieodśnieżonym przystanku o wiele dłużej niż miałam to w planach - autobus spóźnił się 20 minut.


Powiadają, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W autobusie spotkałam Tobiasza, który jest młodzieńcem przewspaniałym, o niezwykłej dykcji i porywającej składni. Do tego jest też przystojnym, młodym singlem i pracuje w kancelarii prawnej, budując swą przyszłą światłą karierę - dziewczyny, do boju! ;) [tak, mam nadzieję, że teraz Tobiasz spłonił się rumieńcem...]


A w pracy wcale też nie tak tragicznie. Dużą część czasu zajęło mi pozowanie Kelly do jej przyszłego arcydzieła, co - jak możecie się domyślać - jest pracą naprawdę odpowiedzialną :)

poniedziałek, 20 grudnia 2010

No i znów...

Święta zbliżają się, to coraz mniej uniknione. Jeszcze tylko kilka dni, pełnych wrzasków obrońców karpi i rozpaczy tych, co utknęli gdzieś na torach, kilka dni i już spokój, wszyscy tym spokojem przepełnieni, kolędy, zapach igliwia, męczące filmy w TV, a po tym - wszystko na nowo. Nawet w nowy rok na nowo... :)


tak czy inaczej, upiekłam do pracy dwadzieścia kilka babeczek, których tajną misją jest zmiękczyć serca jednych, a napchać brzuchy drugich [mój]. Hip hip hurra, kocham mieć czas wolny!

niedziela, 19 grudnia 2010

Praca

Okazuje się, że dorosłość wcale nie jest taka kiepska. Wszystko da się poukładać, jeśli tylko się zhardzieje, jeśli beczeć przestanie i zaakceptuje zastany stan.


No, łatwo mówić. Prawda jest taka, że jednak do powyższej mądrości dochodzę średnio raz na trzy dni, zawsze po tym, jak będąc zmęczoną, chcę zakopać się w jakiejś przydrożnej zaspie i przehibernować tam czasy "burzy i naporu".

Na szczęście, czasem w miejscu poważnej pracy znajduję małe przyjemnostki - ciastko marchewkowe od irytującego Amerykanina, Szyderczą Monikę, Nadobną Olgę czy "jedwabiste" głosy w telefonie. I jednak muszę przyznać, że dorosłość wcale nie jest taka tragiczna ;)

btw. why is it so that "adulthood" and "adultery" can sometimes be mistaken?

czwartek, 9 grudnia 2010

Polski stół

Długo miałam to już w głowie.

Jestem ogromną zwolenniczką podróżowania i próbowania, poznawania, doświadczania kultury poprzez język, sztukę, obcowanie z ludźmi i... żarcie! Mój australijski kolega (John) powiedział mi jakiś czas temu, że przemierzył już Europę wzdłuż i wszerz i jedyne, co teraz odwiedza, jadąc do nowego miejsca to... puby. John twierdzi, że nigdzie indziej nie doświadczysz "ichności", jak tylko tam, gdzie: 1) są ludzie, 2) jest jedzenie, 3) jest język. John niestety nie należy do osób ponadprzeciętnie wrażliwych na sztukę i architekturę, więc nie powiem, żeby to, co powiedział mnie jakoś szczególnie porwało, jednak ziarnka prawdy się w tym dopatrzeć można.

Tak czy inaczej...
[dziś zdjęcia nie moje, a Seny, bo ja, mili Państwo, nagrywałam materiał do moich badań*]


... kilka dni temu zorganizowaliśmy u Erasmusów polski wieczór, z polskim jedzeniem. Tylko tradycyjne potrawy, dużo kapuchy, mięcha i grzybów w najróżniejszym wydaniu. I żurek.

Podobno nasza kuchnia jest (jakimś) odzwierciedleniem nas samych. Cepeliny litewskie są jak Litwini - zakutani, zdystansowani, na pozór nieciekawi, a jednak z bogatym wnętrzem. Meksykanie są jak chilli con carne - "spicy", z temperamentem, konkretni. A my? Czy najbliżej nam do schabowego, bigosu czy pierogów? Szczerze mówiąc, w tym momencie czuję się nieco zawstydzona, będąc Polką.


Największym powodzeniem cieszyły się niewątpliwie krokiety z grzybami i kapustą. Nie ma się co dziwić - z tych wszystkich dań krokiety najlepiej wyglądały (przepraszam wszystkich fanów bigosu!), ale też, będąc czymś nowym (w przeciwieństwie do np. Schabowego), nie były zbyt dziwne (jak bigos właśnie). Idealne na każdą okazję, powinno się je dodawać jako premię do pensji.

No i oczywiście, jakaś taka zbiorowa fotencja tak, by można było potem wrzucić na fejsbuka i tagować się samego, dodając sobie +15 do popularności... :)
[od lewej: Sarona, Ola, Marta, Sena, Marysieńka, Sarita, Jordi, Alex i ja]

=====================================================
* ależ tak, właśnie. Wczoraj nagrałam prawie 2 godziny swobodnych studenckich rozmów, które po przeanalizowaniu stanowić będą bazę dla mojej przyszłej pracy nt. "Erasmus English". Fajnie, cieszę się.

czwartek, 2 grudnia 2010

Kelly

Kelly jest z Londynu i pracuje ze mną. Oprócz tego, że jest świetną osobą, absolutnie absurdalną, jest też na tyle postrzelona, by ze wszystkich miejsc na świecie najbardziej ukochać Zieloną Górą. Wraz ze swoim mężem, Jimem, mieszkają tu już 3 rok i planują zostać na zawsze.

Z Kelly się poznałam szybko i szybko się też polubiłam. Zawsze w czwartki idziemy po pracy GDZIEŚ, gdzie gadamy tylko po polsku (a przynajmniej się staramy, wiecie, że nie jestem zbyt płynna). Tydzień temu poszłyśmy do McDonalds'a (Kelly tęskniła za domem, haha) i podjęłyśmy wyzwanie nauki czytania po polsku...


Mówiąc po polsku od urodzenia, dużym zaskoczeniem bywa odkrycie, że głupie słowo jak "guzik" czy "przyciski" mogą być dźwiękowym Mount Everestem.


No cóż, ja Kelly uczę polskiego, a Kelly próbuje mi wytłumaczyć, jak powiedzieć "ło|e|va" tak, by brzmiało jak Kate Nash [poniżej, 2:40] czy ci wszyscy inni cool Londyńczycy :)

Żarcie

Na pytanie z kolokwium: "Qu'est-ce que vous-amez?" [Co lubisz?], odpowiedziałam bez zastanowienia: "J'aime manger, dormir et voyager et... c'est tout" [lubię podróżować, spać i jeść i ... to wszystko]. To prawda, choć nie wiem, czy smutna - od dłuższego czasu stosuję pewien rodzaj minimalizmu, znalazłam sposób, by z tych najbardziej podstawowych czynności uczynić źródło szczęścia i w ten sposób z każdym kęsem i minutą spędzoną w towarzystwie poduszki czuję, że żyję :)

Kiedy zaczęłam pracować i studiować, nagle przytłoczyła mnie dorosłość i nie miałam na nic czasu. Prawda jest taka, że czas zawsze jest, tylko czasem źle nim gospodarujemy. Moje nowe odkrycie: zostaliśmy nauczeni, że są takie rzeczy, których nie można przełożyć, olać lub odłożyć - to chyba nieprawda. Okazuje się, że jeśli na rzecz zrobienia zadania z przedmiotu A nie pójdę na zajęcia z przedmiotu B nie tylko mój świat się nie zawali, ale dodatkowo ja sama w tym świecie będę bardziej stabilna.

No, ale do rzeczy - przygnieciona dorosłością odmawiałam sobie "żarcia", które jednak jest tożsame ze szczęściem. W końcu jednak obudziłam się z marazmu i...


... wybrałam się do PIEROGARNI, znajdującej się koło Filharmonii (Zielona Góra), tam, gdzie kiedyś znajdowała się SPAGHETTERIA :) Nie jestem jakąś wielką fanką pierogów - to po prostu zwyczajnostka, nic wielkiego - jednak ciekawość mnie tam zaciągnęła. Zamówiłam pierogi z oscypkiem i żurawiną i teraz na samą myśl o nich już nie jestem w stanie nic napisać :) były przepyszne, jak zawsze połączenie sera i żurawiny!


Po pierogach, poszłam ciężko pracować, a po pracy, jak w każdą środę, odwiedziłam Erasmusów. Alex, postawiwszy sobie za cel wyciągnięcie mnie z marazmu, postanowił przygotować mi greckie danie. Miał trochę problemów z tym, że w Grecji do wszystkiego dodaje się mięso, a ja przecież z mięsem to nie za bardzo, ale...


... chcieć to móc :) danie dziwne, nazwy nie pamiętam w tym momencie, jednak było pysznie! :)

PS: stare przysłowie japońskie mówi, że za każdym razie, kiedy próbujesz nowych smaków, Twoje życie wydłuża się o 76 dni. Cóż, wieczność już na mnie czeka :)

Mojżesz w wersji pop

Moja siostra stała się, z dnia na dzień, osobą, z którą pogadać się już da. Pogadać o wszystkim, mądrze, dyskutując o poglądach i budując z nich światopoglądy. To fascynujące, wiek, w którym ona teraz jest - dopiero co odkryła, że ma swoje zdanie - to właśnie powoduje, że chce jej się gadać i wciąż na nowo przegadywać te same tematy. no i to, że jest jeszcze na tyle młoda, by nie brać pełnej odpowiedzialności za irracjonalność radykalizmu, ale na tyle duża, by móc w radykalizm się bawić :)

teraz jednak anegdotka. [background knowledge: nasz dom nie jest jakoś szczególnie religijny, a powiedziałabym nawet, że wcale. Połowa jego członków nie jest ochrzczona, a druga by wcale nie była smutna, gdyby w stanie nieochrzczenia się znalazła] zapytałam się Kami raz, czy ona w ogóle się orientuje w Biblii, czy cokolwiek wie - zastanawiałam się, o ile ciężej jej będzie kiedyś na lekcjach polskiego, gdzie przerabia się metafory pochodzące z Księgi. Kami mówi, że tak, że cośtam wie, że cośtam było na polskim i w ogóle. Zapytałam się jej, czy wie, kto jest Mojżesz na przykład, na co Kami mi powiedziała, że to taki ziomuś, przed którym się morze rozstąpiło, jednak kiedy zobaczyła, że to jednak niepełna (a może nawet błędna) odpowiedź, dodała szybko:
"no co? tak było na komixxach".

Jak już mówiłam: moja siostra to osoba, z którą pogadać się da - o wszystkim i mądrze:)

[swoją drogą - czy to nie przerażające, że system wartości i dużą część wiedzy młode pokolenie zawdzięcza demotywatorom lub komixxom?]

poniedziałek, 22 listopada 2010

c'est fin.
[a na pewno przerwa]

czwartek, 11 listopada 2010

A few sights

Kilka obrazków z Zielonej Góry. Jeśli widząc je, czujesz się zachęcony, nie krępuj się mnie odwiedzić :)

Just a few sights of the place I live in for those who are curious. If you like it, don't hesistate to visit me ;)



Dorosłość wcale nie jest taka zła, jak myślałam. Pewnie, jest kilka minusów obecnej sytuacji (brak czasu, mało snu, zmęczenie), ale jednak nie jest tak źle. Mogłoby być lepiej. Ale nie jest źle. Oczywiście, gdyby było lepiej, nie byłabym smutna. Ale nie jest źle... (...)

Being adult is not as shitty as I presumed. Of course, there are some drawbacks about the actual situation - no time, no sleep, tiredness - but all in all, it is not bad. Could be better, though. But it's not bad. Of course, if it was better, I wouldn't be sad. But it is not bad... [hmm?]

Prosty sposób na uszczęśliwienie mnie. Kocham znajdować w czeluściach mojej skrzynki kartki pocztowe. Zawsze kiedy widzę taki kartonik, przypominam sobie, że może gdzieś-tam po drugiej stronie Ziemi jest jakaś zbłąkana owieczka, marząca tylko o tym, by mnie spotkać. Fajnie.

That made my day, I absolutely adore receiving postcards, I always feel there is somebody on the other side of the globe who is longing to meet me, ah!

wtorek, 2 listopada 2010

Jesień, a za oknem dorosłość

Dopadła mnie dorosłość. Stało się to nagle, bez żadnego uprzedzenia. Nagle, po absolutnie domowym wrześniu, nastał czas, kiedy nie mam czasu (właśnie!) na nic, kiedy mam dwa kierunki studiów, dwie prace, a wszystkie te decyzje zapadły w ciągu miesiąca. Jestem zajęta i dorosła, a nie wiem, czy to mi się podoba. Jestem tak zajęta, że mijam i omijam coś gdzieś, nawet nie mając czasu za tym zatęsknić.

Myślę o przyszłości, jednak sposób, w jaki myślę, się dość radykalnie zmienił. Marzenia na bieżąco weryfikuje rzeczywistość, z niektórych planów pozbawionych stabilnego gruntu muszę rezygnować (bez smutku, nie ma czasu), a zamiast gadać "chciałabym to zrobić" pytam samą siebie "czy będę miała środki, by to zrobić?". Zastanawiam się, co będzie najbardziej ekonomiczne, czy lepiej magisterka tu, czy tam, czy może rok przerwy, a potem rok studiów - a co, jeśli po drodze zmienię plany?

... dużo znaków zapytania i niepokój za oczami, żyję w świecie, w którym mam zbyt wiele możliwości - a złe wybory naprawdę pieką.

Dorosłość boli, bo mało w niej radości, za mało luzu. Podobno to my sami kształtujemy świat dookoła nas - tak, chciałabym móc sobie na to pozwolić.

that was a part in which im whinging about the adulthood and the fact that i have no idea what to do with myself after those mere 8 months. nothing special, actually, just trying to fit into that depressive and gloomy mood of autumn.

Kilka smaków dorosłości, mimo wszystko:
But anyway, there are a few aspects of the adulthood I like:

Śniadania u Erasmusów, turecka kawa i jakiś przypadkowy jogurt.
Breakfasts at the Erasmusians, Turkish coffee (prepared by a Greek) and a random youghurt.

Spotkania z Ukochaną.
Meetings with Beloved.

Babeczki-Podróżniczki dla tych, co czasem podróżują.
Farewell Cupcakes for those-who-travel-from-time-to-time [Jordi, come back!]

Jestem już duża. Chodzę do pracy, mam terminarz, zostaję na noc w akademiku, piekę ciasteczka, a jednak i tak się przytulam do mamy, jak po raz kolejny nie zdaję cholernego prawa jazdy [tak, znów].
I'm a big girl eventually. I go to work, have an agenda, stay for a night at a dormitory, bake cookies, but still cry my heart out to my mum when again im failing driving license exam [yeah, again].

bisou, everybody!

czwartek, 21 października 2010

In my head...

video

... Czekałam na egzamin na prawko, a w głowie hordy jakichś horrorów. K'woli ścisłości: nie poszło mi.

... I was waiting for the practical driving licence exam but inside my head there ere milions of monstreus monsters. If you want to know, I've failed.

Reflections

video

Czasem, kiedy jadę te 30 minut autobusem, wydaje mi się, że jestem jednocześnie tu i tam.

Going home by bus you may encounter this feeling of being in two places at the same time.

piątek, 15 października 2010

Funny story

Już po zajęciach, a jeszcze przed obiadem, spacerowałyśmy sobie po Zielonej Górze. Sena, jak zwykle, wzbudzała dość duże zainteresowanie i sama się wszystkim dookoła dziwiła. W pewnym momencie przechodziłyśmy koło ławeczki z wbudowaną starszą panią dziergającą wełniane bereciki. Jako prawdziwa turystka Sena postanowiła jeden sobie sobie kupić...

After the classes but before the meal, we were strolling around the city, admiring the uniqueness of Polish autumn (oh, really?). Sena, as always, was an object of interest of everyone around us, but she was interested in the surrondings as well - mutual interest, we could call it. Anyway, we were passing one bench with an old knitting lady attached to it, when Sena decided to buy a cap...


video

Słodkie, no nie?
Oh, isn't she lovely? :D
=====================================

Jak niektórzy z Was pewnie wiedzą, stałam się studentką filologii francuskiej. To nic, że nie znam w ogóle francuskiego - no, przynajmniej tak mi się wydawało... Ponieważ połowie roku wydawało się tak jak mnie, mamy mało czasu i bardzo dużo materiału do przerobienia. I tak oto, kiedy inni świrują, ja odmieniam "habiter" :D


As some of you may know, I've become a student of French Philology. It doesn't matter that I had never been learning French before - the half of the year hadn't had such experience as well, so I don't feel like a complete morron. Anyway, when everybody is bouncing somewhere in the disco, I'm familirising with the conjugation of "habiter" :)

czwartek, 14 października 2010

Wrocław

Po półtoragodzinnym śnie obudziliśmy się na wpółprzytomni o godzinie 5. Zazwyczaj, kiedy tak się dzieje, przeklinam niebiosa, jednak tym razem...
After a party night, which seemed to be just a short nap, we woke up at 5 a.m. Normally I would curse the whole world but this time...

video

... miałam od razu dobry humor :) cóż, ile razy spotykamy w nocy w swojej kuchni bansującego Hiszpana?
... I was instantly "de buen humor" (in good mood). After all, how many times have you met a dancing Spanish in your kitchen early in the morning?


Podróż minęła nam zadziwiająco szybko, wszyscy byliśmy zmęczeni, więc nawet nie pamiętam, kiedy przyszedł konduktor. Obudziłam się po jakimś czasie i byłam tak zaskoczona gęstą mgłą, że od razu zbudziłam też Senę.
The journey was incredibly unimportant, we fall asleep very quick. I don't even remember the moment the ticket collector came. After some time I got up and was amazed with such thick fog that woke up Sena as well :)


Szaroburawo, nic nie widzisz, a jednak w środku szczęście i jakiś spokój.
Gloomy colours but anyway you're happy inside. As I said once to Jordi "we don't have much sun outside, we have to accumulate it inside" ;)

A to dwie Sary, obie z Hiszpanii, obie studiujące fizykę. Po lewej "Sarrrroona" (czyli "Duża Sara"), po prawej "Sarita" (czyli "mała Sara"), nazwane wedle wieku. Ku uciesze Jordiego, mieszkają w mieszkaniu obok i są super-extra :)
And hee come the two Saras, both from Spain, studying physics (yuck!), living just next door. The left one is being called "Sarona" ("big Sara") and the right one is "Sarita" ("small Sara"), due to the age :)

Joga ;)
Practising yoga. Pay attention to those little dwarves, whose you can find in many strange places in Wroclaw. There used to be an idea behind them but now it's just fun :)


Pozdrawiam Adama.
The University of Wroclaw. Greetings to Adam.


Rozbawiło mnie to.
That made me laugh.


Lubię psychodeliczna kształty, gdzie trzeba się pozastanawiać, co, gdzie i po co.
I like psychodelic shapes, with no clear distinction between their owners.



Ciekawostka.
Wroclaw speciality.



i w sercu jakaś rozterka taka się pojawiła, coś nie na swoim miejscu, niestety.

No ale, tuż przed opuszczeniem Wrocławia, zobaczyłam coś absolutnie pięknego. Czcionka z lat 70tych, słowa "wyszukane" i "kolekcje" obok "szmateksu" - to jest to, to jest kwintesencja polskiej reklamy :D
One of the worst posters Ive even seen. Don't know how to translate it to give you the impression of "those crazy 70s", when the poster was probably designed :)

Going to Wrocław

video

Nasza podróż do Wrocławia. Senny przedział, niepokojące widoki. Ach, nie kręciłam tego filmiku w czerni-bieli ani nie zmieniałam kolorów.

A short video from our endless journey to Wrocław. This is Poland on Sunday morning, I'm sure it could be a promo video bolstering Polish turism... :)
btw. those are the true colours of the morning Poland (as perceived by the camera), not edited or made in bw.

niedziela, 10 października 2010

Gloomy mood

video

... pada(m) i moknę.

... feel the blues.

the first football match ive ever watched... :)

video

Dziewczyny - wierne kibicki Turcji.
Chłopacy - realiści, raczej po stronie Niemiec.

Fajny wieczór, choc zasad kierujących piłką nożną nadal nie znam :)

A very nice evening a few days ago. But still, the rules of FuBball are all Greek to me.

poniedziałek, 4 października 2010

I heart this :)

... Bo trzeba Wam wiedzieć, że mój Erasmus nadal trwa, że to taka "niekończąca się historia", która - mam nadzieję - jeszcze długo nie osiągnie swego finału.
... You need to know that my whole Erasmus experience hasn't finished yet. It's like that "Never-ending stoooooory" to, which I hope to last for ages.

Tak się składa, że również będąc tutaj, na miejscu, mogę przebywać wśród Erasmusowców, będąc ich mentorką i księdzem spowiednikiem, próbując się porozumieć we wszystkich możliwych językach.

It somehow happened to me that I became a mentor of a few foreign students, which apparently makes me "so cool and jazzy" that now I can conquer all the world [ironic]. Anyway, I don't do that to be somewhat cool just because I feel good with them :) being a mentor, encountering new points of view, observing the foreigners discovering your country - that is lovely!

Wszyscy Erasmusi mieszkają (póki co) w jednym mieszkaniu, w akademiku dla vipów, do któego - zdaje się - "zwykli" ludzie wstępu nie mają. Do swojej dyspozycji mają 12osobowe mieszkanie, z kuchnią, łazienkami dwiema, dwoma piętrami i wszystkim, o co studenci zwykłych polskich akademików mogliby być zazdrośni.
My Erasmus guests live in the V.I.P dormitory, which apparently those "ordinary" people can't enter to. They live in that huge apartment, capable of hosting 12 people, with 2 floors and 2 bathrooms and everything which the regular students could be jealous of.

Wczoraj, z okazji leniwej niedzieli...
Yesterday, because of the lazy Sunday...

...zdecydowaliśmy...
... we'd decided...

...przyrządzić...
...to prepare...

...gofry :)
... waffles...


video

... :)


I heart that.

No, a na zakończenie - cała moja gromadka Kubusia Puchatka:
Yeah, and as a "good-bye" accent, here you've got a pic of them all together :)

Trochę zmarznięci ("to w Polsce jest aż tak zimno?!"), jednak kochani. Od lewej: Alex (Grecja), Jordi (Hiszpania), Eda i Sena (Turcja). Hurra!
It was a little bit cold that evening (not for us, Poles, of course), but anyway. From the left: Alex (Greece), Jordi (Spain), Eda and Sena (Turkey). Hoorray! :)